​Nie pracować w biurze

Zmienili nie tylko pracę, ale wywrócili do góry nogami cały swój świat /Marcin Golanowski /Twój Styl

A gdyby tak robić w życiu to, co się naprawdę kocha, i jeszcze na tym zarabiać? To może się udać! Jak pomyśleli, tak zrobili. Wstali zza komputerów, zatrzasnęli za sobą korporacyjne drzwi, poszli na swoje. Zmienili nie tylko pracę, ale wywrócili do góry nogami cały swój świat. Swój oraz najbliższych. I choć początki często nie były łatwe, dziś ani myślą wracać do biura.

Maciej Urbanowski, 49 lat

Reklama

Porzucił karierę w branży IT i otworzył centrum nurkowe. Jako szkoleniowiec spędza setki godzin pod wodą. Nie żałuje decyzji, choć nie zarabia tak dobrze jak kiedyś.

Uwielbia schodzić pod wodę. Jego ojciec, trener pływania, zaszczepił synowi pasję do sportów wodnych. Ale zrobić z tego sposób na życie? Długo nie dopuszczał tej myśli do głosu. - Pracowałem jako informatyk oraz specjalista likwidacji szkód komunikacyjnych. To oznaczało godziny przed komputerem i nie było może takie złe, ale czegoś w życiu brakowało - opowiada Maciej Urbanowski, który ciągle szukał dla siebie innego zajęcia. Po godzinach był instruktorem nauki jazdy, co częściowo zaspokajało jego ambicje szkolenia ludzi.

Reklama

Kiedy uzyskał pierwszy profesjonalny stopień nurkowy PADI Divemaster, postanowił zagrać va banque - odstawił na bok karierę programisty. Fakt, finansowo nie wyszedł na tym najlepiej i w nowej branży ciągle jest na dorobku, ale odżył. Jako nurek szkoleniowy spędza pod wodą 300 godzin w roku. Nie tylko w Polsce, także w Egipcie, Chorwacji, Grecji. Jego kursanci zwiedzają Meksyk, Australię, RPA, Kenię, Zanzibar, Bali czy Kubę.

Maćkowi na hobbystyczne nurkowanie nie starcza czasu, ale nie żałuje. Czuje satysfakcję. Największą, kiedy na szkolenie trafia kompletnie "zielona" osoba, która na zwykłym basenie bała się oderwać od ściany, a u niego po kilku dniach szkolenia staje się samodzielnym nurkiem.

W 2015 r. razem z przyjacielem, Krzysztofem Kurdziałkiem, otworzył centrum nurkowe MCnurek. I chociaż boom na podwodne szkolenia rozpoczął się w Polsce dziesięć lat temu, to dziś na brak klientów nie narzekają. Biznes kręci się cały rok. Latem jest więcej chętnych, ale i zimą można w kraju schodzić pod lód, a chwilę później nurkować w Egipcie. Zdarzają się dni, kiedy głównie serwisują sprzęt, ale potem trafia się wyjazd szkoleniowy i życie nabiera tempa. Wyprawę trzeba zorganizować, logistycznie przemyśleć, a potem są już tylko wrażenia.

Nurkowanie w Bałtyku dostarcza wspomnień na całe życie. - Tylu wraków, ile tam leży, trudno szukać gdziekolwiek na świecie. Innym ciekawym miejscem jest kamieniołom Zakrzówek w Krakowie. Wymarzone miejsce dla nurków, bo pod wodą jest świetna widoczność. Na dnie spoczywa autobus, dwa samoloty AN2, a nawet trabant - mówi z błyskiem w oku Maciej. Miejsce, które dostarczyło mu najwięcej wrażeń, znajduje się jednak w Egipcie, w okolicy miasta Safaga. Tam na głębokości 32 metrów leży na dnie prom pasażerski. Zatonął 15 grudnia 1991 roku i do dziś nie udało się ustalić dokładnej liczby zaginionych. Możliwe, że miejsce stało się zbiorową mogiłą ponad półtora tysiąca osób. Klimat okolicy jest mroczny.

Jasne, że nie jest maszyną i czasem, tak po ludzku, dopada go zmęczenie. Ale nawet wtedy nie żałuje decyzji, którą podjął przed laty. - Nurkowanie to nie jest mój plan B, nie da się tego robić dobrze na pół gwizdka - podkreśla. Nie, nie wyobraża sobie, by wrócił zawodowo do siedzenia za biurkiem. Żyje z pasji i pasją. Zaraził nią swoje dzieci, które też już nurkują. Ponieważ praca zajmuje dużo czasu, stara się, gdy tylko to możliwe, wyjeżdżać razem z rodziną.

Nie boi się rutyny, bo prowadzi kursy według standardu Professional Association of Diving (PADI), największej organizacji zrzeszającej blisko 100 tys. profesjonalnych instruktorów i przewodników. Co chwila jeździ na seminaria i konferencje, bo z roku na rok wprowadzane są nowe procedury, choćby dotyczące bezpieczeństwa. - Najlepsze w nurkowaniu jest to, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie - mówi. I po chwili dodaje: - Jedni podziwiają kolorowe rybki w Egipcie, drudzy szukają zatopionych okrętów, kolejni biją rekordy głębokości. A ja mam frajdę, że mogę tych ludzi szkolić i opowiadać im o podwodnym świecie.

Krzysztof Major, 35 lat

Miał projektować hale stalowe, ale ciągnęło go wyżej i wyżej. Dziś jest alpinistą przemysłowym, prowadzi własną firmę i patrzy na świat z góry.


Przed laty jako harcerz budował mosty linowe, tyrolki, przeprawy przez rzeki. Uwielbiał takie zadania. Kiedy trzeba było przymocować coś na dachu albo pomóc sąsiadom przy myciu okien na wysokości, zawsze go wołano. Każdy grosz zarobiony w ten sposób Krzysztof inwestował w liny i uprzęże. Udawał, że jest komandosem albo odkrywcą i nie było dla niego lepszej zabawy. - Tamten dzieciak siedzi we mnie do dziś - mówi z uśmiechem Major.

Założenie działalności gospodarczej, a w konsekwencji własnej firmy, było w jego przypadku kwestią czasu. Do chłopięcej pasji dołączyło jednak poczucie odpowiedzialności za innych. Dlatego został prezesem Organizacji Techników Dostępu Linowego, która zrzesza ludzi i tworzy standardy bezpieczeństwa pracy na wysokości.

Skończył wydział mechaniczny na Politechnice Gdańskiej. Przez chwilę zajmował się projektowaniem hal stalowych, ale życie za biurkiem mu nie leżało. Brakowało adrenaliny. Dlatego nie rezygnował z pracy na wysokości. Wpadały zlecenia od znajomych, którzy polecali go swoim znajomym... Najpierw chodziło o proste sprawy, jak mycie okien, elewacji, przycinka drzew. Potem trafiło się kilka kościołów do remontu. W końcu kontrakt przy budowie stadionu piłkarskiego na mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Jego firma była podwykonawcą konstrukcji stalowej - ktoś zamontował dźwigary, ale zapomniał je pomalować. - Pokazaliśmy, na co nas stać. Potem zamontowaliśmy też systemy czujników badających naprężenia konstrukcji, oświetlenie na koronie i elementy poszycia dachu - opowiada. Wtedy biznes ruszył na dobre.

W Belgii naprawiał skrzydła turbin wiatrowych, w które walnął piorun lub uderzył ptak. - Wjeżdżamy windą na górę, wychodzimy na dach gondoli, dookoła piękny widok, a pod nami przepaść... O lęku wysokości lepiej nie pamiętać - śmieje się. 

Są zlecenia, których nie zapomni do końca życia. Dwa lata temu jego firma montowała przy użyciu helikoptera maszty pomiarowe w Skandynawii. Na odludziu, w niesamowitej scenerii. I tylko wiatr wokół hulał. Innym razem pracowali w Afryce na statku cysternie. Mocowali do burty elektrody, które zapobiegały rdzewieniu poszycia. - Pod nami pływały barakudy, ale z czasem przestałem zwracać na nie uwagę - wspomina Major.

W pracy wisi na dwóch linach: roboczej i asekuracyjnej. "Nie ma nudy, nie ma ziewania" - to taki zawodowy żart, ale nie do końca. Bo śmiertelnym wrogiem jest tu rutyna i przecenianie swoich możliwości. - Ostatnio do zawodu ściągnęło trochę osób skuszonych wizją niezłych zarobków: 500 zł dniówki w kraju, 25-30 euro za godzinę w Europie. Komandosi lub kaskaderzy, tak ich nazywam. Oszczędzają na własnym bezpieczeństwie. Tymczasem trzeba mieć świadomość, że upadek ze stu metrów kończy tę przygodę - ostrzega Krzysztof. I przekonuje, że ludzie tacy jak on, którzy zaczynali kilkanaście lat temu, szli do tej branży z pasji. Bo to nie jest praca w cieple. Pada śnieg, deszcz, a swoje zrobić trzeba. Dlatego to nie zawód, to styl życia.

Robert Zawadka, 42 lata

Po latach w korporacji otworzył warsztat, w którym remontuje i tworzy jedyne w swoim rodzaju motocykle.

 - Potrafię zaczepić kogoś na ulicy i zapytać: "Człowieku, kto ci zrobił taką krzywdę i ile za to wziął?" - mówi Robert Zawadka. - Bo nieraz ratowałem stare motocykle, które ktoś wcześniej spaprał.

Do tych maszyn trzeba mieć cierpliwość. I pieniądze. Nie da się pracować byle jak i byle czym. Dziś garaż, w którym odnawia stare i składa nowe maszyny, jest całym jego światem. Czuje, że w końcu robi to, co kocha. Nie zawsze tak było. - Facet koło trzydziestki chce mieć przede wszystkim kasę. Marzy mu się dom, samochody. I gotów jest wiele dla tych marzeń poświęcić. Tak było ze mną - przyznaje.

Pracował w korporacji, był szefem salonu samochodowego. Ale po dziesięciu latach wyścigu szczurów dostał zadyszki. Powiedział: dość! Brakowało mu czasu nie tylko dla rodziny, ale też dla... motocykli. Zaczął główkować. Przed laty zjeździł na jednośladach całą Europę, trochę Ameryki i Azji, a renowacja "weteranów" od zawsze go kręciła.

Zainwestował oszczędności, otworzył warsztat, ale nie byle jaki. Jego klientami są podobni do niego pasjonaci. - Nie jest to łatwy kawałek chleba - zastrzega. Trzeba mieć kontakty i poważanie w branży.

Paradoksalnie dziś zasuwa więcej niż w korpo, ale to on decyduje, kiedy zejść do garażu i nad którym "projektem" się pochylić. - Nieskromnie powiem: jestem w tym dobry - dodaje.

Pracy ma na najbliższe dwa, trzy lata. Przyjmuje tylko te zlecenia, które są wyzwaniem. Odszedł nieco od renowacji motocykli na rzecz ich budowy. Ktoś pyta, czy nie zrobiłby motocykla, który będzie wyglądał jak z filmu Mad Max. Albo totalnie oldskulowego, tyle że z nowoczesną mechaniką. Ma ludzi do pomocy, ale najbardziej lubi pracować sam. Czasem kilka miesięcy, czasem rok, bo to nie jest robota na akord.

80 procent zamówień przychodzi z zagranicy: Szwecji, Portugalii, USA. Nie inwestuje w reklamę, bo jego pojazdy zdobywają międzynarodowe nagrody, a gdy zrealizuje projekt i klient jest zadowolony, za chwilę zgłasza się kilku nowych. I są gotowi wydać na swoją maszynę marzeń 30-50 tysięcy złotych. - Ale górnej granicy ceny nie ma - zastrzega, bo "sky is the limit".

Robert ma 26 własnych motocykli i mógłby opowiadać o nich godzinami. Każdemu poświęcił setki godzin. Potrafi wejść do garażu i wyjść następnego dnia. Pracuje w transie, z krótką przerwą na sen czy odwiezienie dziecka do szkoły. - Wiem jedno: nie mogę się do maszyny zrazić. Bo gdy nie ma chemii, zaczynam taki projekt omijać - tłumaczy.

Robert pilnuje, żeby nie wpaść w rutynę. Po przerobieniu 14 motocykli jednej marki to choćby nie wiadomo co, kolejnego nie tknie. Mówi z dumą, że w tej pracy wszystkie zasady ustala sam. - Gdy uderzę się młotkiem w palec, krzyczę. Najczęściej brzydkie słowa. Ale kompletnie się tym nie przejmuję, bo w garażu rządzę ja - uśmiecha się Zawadka. Zamyśla się i po chwili dodaje: - Czasem rozmawiam ze znajomymi z dawnej pracy. Słucham opowieści o rzucaniu sobie kłód pod nogi, podcinaniu skrzydeł. Nawet im współczuję, bo sam to przerabiałem. Dziś już niczego nie muszę, tylko chcę. Fantastyczne uczucie.

Tomasz Kobielski, 44 lata

Z miłości do gór rzucił pracę w reklamie. Zdobył Koronę Ziemi i postanowił pomóc innym w dotarciu na szczyt.

Stworzył turystyczną markę i organizuje wyprawy dla twardzieli. - To musiało się tak skończyć - Tomasz Kobielski uśmiecha się na pytanie, jak został organizatorem ekstremalnych wyjazdów. Zanim jednak postawił wszystko na jedną kartę, pracował w mediach, potem w reklamie, zarządzał spółką. Jednocześnie miał pasję. Od kiedy? Od zawsze. Jako harcerz chodził po górach, wspinał się w Tatrach, potem Alpach.

W szkolnej bibliotece przeczytał wszystkie książki o himalaistach. - Poszedłem do pracy, ale nie chciałem rezygnować z gór. Brałem urlop i znikałem - opowiada. Aż w końcu postanowił zdobyć swój pierwszy ośmiotysięcznik. To wyprawa na co najmniej 45 dni. Dojazd, aklimatyzacja, czekanie na pogodę... Wiedział, że nikt go nie puści z firmy na tak długo. Wtedy podjął decyzję, że odchodzi, choć wszyscy mówili, że zwariował. - Nie słuchałem ich. Wszedłem na Cho Oyu, szczyt na granicy chińsko-nepalskiej. I już wiedziałem, że będę chciał więcej. Bo z tej góry roztaczał się piękny widok na Mount Everest - wspomina.

W styczniu 2008 roku, niecałe cztery lata po porzuceniu pracy, miał już na swoim koncie Koronę Ziemi. Oprócz tego dorabiał jako freelancer, organizował szkolenia marketingowe. Z czegoś trzeba było żyć, bo zgromadzone przez lata oszczędności szybko w górach topniały. Wtedy też zaczął pomagać znajomym w organizowaniu wyjazdów. Bo ktoś chciał pojechać w wysokie góry i nie wiedział, jak się do tego zabrać. Wędrując na kolejne szczyty, spotykał ludzi z profesjonalnymi przewodnikami. - W końcu do mnie dotarło: oto robota dla mnie. Połączyłem wiedzę o górach z doświadczeniem marketingowca, zarejestrowałem firmę i stworzyłem turystyczną markę Adventure24 - mówi Tomasz.

Miał wizję, jak takie ekstremalne wyprawy powinny wyglądać. - Kiedyś ludziom było obojętne, gdzie śpią i co jedzą, byle tylko dotrzeć do celu. Zauważyłem jednak, że są i tacy, którzy chcą lepszego standardu, a nie mielonki z puszki na kolację. Dziś moimi klientami są osoby, które marzą o wejściu na szczyt, ale trzeba im to trochę ułatwić i uprzyjemnić. Za ten komfort płacą średnio na kilkutygodniowej wyprawie 8-10 tys. złotych. Bywają też trasy na specjalne zamówienia, w bardzo małych grupach z indywidualną wyceną. - Nie wystarczy jednak mieć pieniądze, bo nawet z najgrubszym portfelem, ale bez zapału, nie zdobędzie się Everestu. Ja proponuję wejście komercyjne, a nie sportowe. Wynajmuję więc szerpów, którzy wtaszczą butlę z tlenem, pomogą rozstawić obóz. Co ani trochę nie umniejsza fanu.

Dziś Kobielski mówi wprost, że jest szczęśliwym człowiekiem. O pracy w biurze dawno zapomniał. - To zamknięty rozdział - ucina. Na Kilimandżaro był 29 razy. - Czasem ktoś spyta, czy nie mam dość. Ja na to: a was nie nudzi, że od lat siadacie za tym samym biurkiem? Poza tym mam zdecydowanie lepsze widoki! A biznesy robię na szlaku, bo najlepsze pomysły rodzą się często w ekstremalnych warunkach.

Podróżują z nim niesamowici ludzie z pierwszej setki najbogatszych Polaków. Opowiadają, jak zaczynali w garażu, a dziś zarządzają wielkimi firmami. Czasem żartują, że od 20 lat nikt im niczego nie kazał, a Tomasza słuchać muszą. Bo góry to jego środowisko naturalne. Żyje w zgodzie z samym sobą. - Niesamowite uczucie, polecam - przekonuje Kobielski. Ma przyjaciół na całym świecie. - I satysfakcję, gdy wracają do mnie starzy klienci. Bywa, że proszą o coś ekstra. W firmie jestem więc odpowiedzialny za szukanie "nowych kierunków". Biorę małą grupę zaufanych ludzi i wyruszamy w nieznane, przecieramy szlaki. Dzięki temu duch podróżnika we mnie nie zaginął.

Jarosław Rangotis, 58 lat

Z zabawy w policjantów i złodziei uczynił sposób na życie. Ale mundur go uwierał, a praca za biurkiem wypalała. Został prywatnym detektywem.

Jako chłopiec zawsze wolał być tym dobrym gliną. Dlatego później założył prawdziwy mundur. Rzeczywistość okazała się jednak mało atrakcyjna. Postanowił zostać detektywem. - Rynek znałem doskonale - żartuje. - Zaryzykowałem. I choć było to przeszło 20 lat temu, nigdy nie żałowałem tej decyzji. Bo od tamtej pory nie zdarzyły mi się dwa takie same dni - przekonuje Jarosław Rangotis.

Owszem, zlecenia bywają podobne. Ot, żona szuka dowodów niewierności męża. Do każdego człowieka trzeba jednak dotrzeć inaczej. Jeden wyłoży wszystko od razu, jak na spowiedzi. Z innego trzeba wyciągać. Zdarzają się klienci, którzy naoglądali się amerykańskich filmów. I wtedy proszą o rzeczy nierealne: podsłuchy, kamery, pełną inwigilację. Jarosław tłumaczy im cierpliwie, że to nielegalne, że takich dowodów i tak nie będą mogli użyć w sądzie. Dlatego detektyw musi mieć w sobie coś z psychologa albo i księdza.

Zawsze go nosiło. Papierkowa robota, pisanie raportów i zestawień - nie było dla niego większej kary. - Dziś za biurkiem siedzę tylko wtedy, kiedy podpisuję umowę z klientem - podkreśla.

Stawki? To zależy od sprawy. Czasem trzeba na nią przeznaczyć tydzień, innym razem miesiąc. Odszukanie człowieka może kosztować około tysiąca złotych, a odnalezienie ukrywającej się osoby dziesięć razy tyle. Pamięta, jak spędził 40 godzin w samochodzie pod domem, w którym zniknął "obiekt". Zdarzało się, że wracał do domu nad ranem, szybki prysznic, godzinna drzemka i z powrotem do pracy. Na adrenalinie człowiek nie czuje zmęczenia.

- Ta robota wymaga ode mnie cierpliwości, samodyscypliny i... tolerancyjnej żony - żartuje. W bagażniku zawsze ma torbę, a w niej ubrania na zmianę. Przede wszystkim kurtki, każda innego koloru. Do tego szczoteczkę, pastę i ręcznik. Bo gdy wychodzi rano z domu, nie wie, gdzie wyląduje wieczorem. I może zdąży na kolację, ale dopiero następnego dnia.

Czy ma dość? W życiu! Rangotis dorobił się choroby zawodowej - przesadnej spostrzegawczości. Dopada go w różnych sytuacjach: w sklepie, na ulicy, na przyjęciu u znajomych. "Widziałaś?". "Słyszałaś?", pyta wtedy żonę, a ona patrzy na niego szeroko otwartymi oczami. Przesadza? Nie. Bo choć 99 procent spraw, z jakimi zgłaszają się ludzie, ma przewidywalny finał, to życie potrafi zaskoczyć. Pamięta kobietę, przyszła załamana. Była przekonana, że mąż ją zdradza i wydaje na kochankę ich oszczędności. Okazało się, że nie ma tej drugiej. Mężczyzna był hazardzistą i topił pieniądze w kasynie.

Jarosław Rangotis nauczył się żyć w cieniu innych, dla dobra spraw, które prowadzi. - Pamiętam, jak filmowałem w terenie spotkanie ludzi z mafii. Kiedy klient dostarczył nagranie na komendę, policjanci byli zdziwieni, że udało mi się zebrać tak mocne dowody. Bo gadżetów doskonałej jakości jest na rynku dużo, ale trzeba wiedzieć, jaki z nich zrobić użytek - mówi z nieskrywaną dumą Rangotis.

I jeszcze coś: codziennie patrzy śmiało w lustro. Również dlatego, że kilka razy musiał odmówić realizacji zlecenia. Choćby wtedy, gdy pewna kobieta chciała podstępem przetestować wierność męża. - Nie bawię się w takie rzeczy. Nie o to chodzi w moim zawodzie. Ja stwierdzam fakty, a nie je produkuję. Dlatego nadal jestem tym dobrym chłopakiem z podwórka.

Tekst: Paulina Nowosielska, rys. Marcin Golanowski


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje