Najdziwniejsze przypadki medycznej rewolucji

Autopsja - obraz autorstwa Enrique Simoneta /materiały prasowe

Mamy dwukrotnie większe szanse na dożycie sędzi­wego wieku niż nasi przodkowie sprzed 150 lat. Zawdzięczamy to medycznej rewolucji z XIX i XX wieku. Jej początki nie należały jednak do łatwych – potrzeba było geniuszu, uporu i umiejętności płynięcia pod prąd...

Reklama

Urodzony w połowie XIX wieku Jack Daniel, właściciel słynnej destylarni whiskey, miał szczęście. Dożył bowiem aż 61 lat. W końcu przydarzył mu się jednak przykry wypadek. Pewnego ranka jak zwykle nie mógł przypomnieć sobie szyfru do własnego sejfu. Rozzłoszczony, kopnął metalową skrzynię i paskudnie zranił się w duży palec. Wkrótce zmarł z powodu zakażenia krwi.

O antybiotykach nikt wtedy nie słyszał – nie rozumiano także stanu Daniela. Jeszcze na początku XX wieku nawet mieszkańcy rozwiniętych państw umierali młodo. Przed 150 laty średnia długość życia wynosiła około 45 lat – dzisiaj w niektórych krajach sięga prawie 90.

Seryjne morderczynie

Nie znaczy to jednak, że nie było staruszków. Średnią zaniżały liczne zgony młodych ludzi. Nieszczęśliwe wypadki nie były bynajmniej najważniejszą przyczyną krótkiego życia. W tym względzie prym wiodły choroby. Pod koniec XVIII wieku sama tylko ospa prawdziwa zabijała około 400 tysięcy Europejczyków rocznie.

Reklama

– To choroba znana ludzkości od niepamiętnych czasów, pod wszystkimi szerokościami geograficznymi. Jeszcze w XIX wieku siała spustoszenie – mówi prof. Piotr Franaszek z Instytutu Historii UJ. Równie bezlitośnie obchodziły się z ludźmi wybuchające co jakiś czas epidemie cholery.

– Choroba ta rozprzestrzeniała się jak fala. Nagle znikała, aby wkrótce pojawić się ponownie – opowiada krakowski badacz. Przy braku leczenia aż połowa chorych umierała – czasem kilka godzin po wystąpieniu pierwszych objawów. Nieustannie swoje żniwo zbierała również gruźlica.

– W dłuższej perspektywie spowodowała ona

chyba najwięcej zgonów – mówi prof. Franaszek. Poważnym problemem były choroby weneryczne, przede wszystkim kiła. Przedwczesną śmierć przynosiły poza tym: tyfus, grypa, zapalenie płuc, a nawet powikłania po zwykłym przeziębieniu, jeśli nie były odpowiednio leczone.

W szczególnie trudnej sytuacji były dzieci. Według dość precyzyjnych danych ze Szwecji, w połowie XIX wieku umierało w tym kraju 15% niemowląt. W Niemczech jeszcze w 1870 roku odsetek ten wynosił aż 30%. Śmierć przychodziła pod wieloma postaciami. Często były to biegunki, schorzenia dróg oddechowych lub inne ­infekcje.

Nieco starsze dzieci padały ofiarą różnych typowych dla wczesnych lat życia chorób, takich jak krztusiec, błonica, odra czy szkarlatyna. Ich szerzeniu sprzyjało powszechne niedożywienie. – Śmiertelność dzieci była szczególnie wysoka wśród klasy robotniczej żyjącej w trudnych warunkach – wyjaśnia prof. Franaszek. Ponury los nierzadko spotykał również matki, które umierały zaraz po porodzie na wywoływaną zakażeniem krwi tzw. gorączkę połogową.

Gdy lekarstwo jest gorsze od choroby

W tamtych czasach lekarze mieli nikłe pojęcie o chorobach i ich przyczynach. Dzięki XVI-wiecznemu flamandzkiemu uczonemu, Andreasowi Vesaliusowi, który badał wykradzione ciała straconych skazańców, znano już anatomię człowieka.

Tajemnicą jednak pozostała fizjologia, czyli zasady działania organizmu oraz przyczyny jego zaburzeń. Wierzono m.in. w teorię miazmatów – wywołujących zachorowania trujących wyziewów np. z wnętrza Ziemi.

Koncepcja ta miała w sobie ziarno prawdy, ponieważ miazmaty wiązano także z przykrymi zapachami odchodów czy rozkładających się zwłok, a te, jak dziś wiadomo, są doskonałym siedliskiem bakterii. Jednak wówczas nie zdawano sobie z tego sprawy. Uważano za to, że chorują przede wszystkim ludzie o wątpliwej moralności.

Niewiedza często prowadziła do gaszenia pożaru benzyną. – W czasie epidemii sięgano po takie metody, jak zbiorowe modły. Zdrowi i chorzy gromadzili się w jednym miejscu i prosili Boga o przebaczenie. A to przecież idealne warunki dla szerzenia się zakażenia! – wyjaśnia prof. Franaszek.

– Próbowano również przebłagania za grzechy z pomocą głodówki czy postu, co dodatkowo osłabiało organizm – opowiada badacz z Krakowa. Lekarze niewiele potrafili zdziałać. Często stosowane upuszczanie krwi nie usuwało choroby, choć przynosiło ulgę, uspokajając pacjenta, tak jak podawane niekiedy opium. Poza tym medycy mogli zalecić co najwyżej odpoczynek lub gorący rosół.

Jedna operacja – trzy zgony

Bardziej konkretnie pomagali chirurdzy. Już w połowie XIX wieku potrafili usunąć kamienie żółciowe czy guz z jamy brzusznej. Takie operacje należały jednak do rzadkości. Dlaczego? Infekcja była niemal pewna, a pacjenta nie potrafiono znieczulić. Głównie zajmowano się więc amputacjami i usuwaniem zewnętrznych guzów.

Jedynym sposobem na zmniejszenie cierpienia trzymanego przez asystentów pacjenta było błyskawiczne działanie. Ze spektakularnych wyników na tym polu znany był szkocki chirurg Robert Liston. Obcięcie nogi zajmowało mu zaledwie 30 sekund, a całą procedurę razem z zamknięciem tętnic potrafił zakończyć w 2,5 minuty.

Pośpiech nie zawsze popłacał. W czasie jednego z zabiegów Liston razem z nogą niechcący obciął operowanemu jądra. W trakcie swej najbardziej znanej operacji oprócz kończyny chorego amputował też palce asystenta.

Kiedy zmieniał narzędzie, rozciął płaszcz przyglądającego się zabiegowi widza. Pacjent wkrótce zmarł z powodu gangreny, podobnie jak asystent, a właściciel rozciętego płaszcza ze strachu padł trupem na miejscu.

Prawdopodobnie była to jedyna operacja w historii o 300-procentowej śmiertelności. Jednak nawet gdy takie zabiegi się udawały, wdawały się po nich infekcje. W niektórych szpitalach umierało z ich powodu do 80% operowanych.

Śmiertelne znieczulenie

W połowie XIX wieku pacjenci chirurgów otrzymali jeszcze jeden, równie cenny prezent. W 1846 roku William Morton, dentysta z Bostonu, dokonał przełomu – pierwszy raz podczas zabiegu chory nie cierpiał z powodu bólu! Sprytny lekarz potraktował go bowiem eterem.

Pomysł zainteresował szkockiego chirurga Jamesa Simpsona, jednak eter miał poważne wady: podrażniał gardło i płuca, wywoływał wymioty, a jego opary mogły łatwo eksplodować w oświetlanych lampami gazowymi salach. Po serii prób z różnymi substancjami Simpson odkrył bezpieczniejszy (jak się wydawało) chloroform. Po kilku testach ogłosił swoje odkrycie i rozpoczął pomysłową autopromocję.

Pewnego razu zorganizował spotkanie dla grupy lekarzy. Pod koniec wyjął chusteczkę, pokropił ją chloroformem i poprosił zaproszonych o wypróbowanie usypiającego związku. Część gości znalazła się na podłodze, reszta bezładnie słaniała się po pokoju. W końcu jednak wszyscy doszli do siebie. Mieli szczęście – okazało się, że chloroform bywa zabójczy.

Wkrótce pacjenci zaczęli umierać – zwłaszcza młodzi i sprawni oraz ci, którzy panicznie bali się operacji. Dlaczego akurat oni? Tę zagadkę rozwiązał londyński lekarz John Snow. Drobiazgowa analiza przypadków i badania na zwierzętach pozwoliły mu odkryć ciemną stronę środka znieczulającego. Okazało się, że tylko niewielka różnica dzieli dawkę usypiającą od śmiertelnej.

Młodym i silnym osobom zwykle podawano więcej chloroformu, natomiast strachliwi pacjenci często wstrzymywali oddech, aby w końcu się poddać i potężnym wdechem pochłonąć zbyt dużą ilość substancji.

Snow zdołał opracować odpowiednie dawki i skonstruował inhalator, który umożliwiał odpowiednie dozowanie. Wśród jego pacjentów znalazła się m.in. królowa Wiktoria, a znieczulenie na stałe zagościło w salach operacyjnych.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje