Reklama

  •  

    Zabijmy dziadków!

Zaniedbany przez matkę chłopak nie chciał mieszkać ze swoimi opiekunami. Kolega podsunął mu pomysł, jak raz na zawsze uwolnić się od ich zrzędzenia.

Zdjęcie

Chłopak zadźgał dziadków nożem /PantherMedia
Chłopak zadźgał dziadków nożem
/PantherMedia
Marcin urodził się 30 kwietnia 1984 roku w Poznaniu. Dorastał bez ojca z matką, która była alkoholiczką. Wychowywał się właściwie sam, nikt się nim nie interesował, nie dyscyplinował. Chłopak od najmłodszych lat palił i pił, nie wracał do domu na noc, zaniedbywał szkołę. Kiedy miał 15 lat, jego rodzicielka trafiła do więzienia za rozbój. Marcinem zajęli się konserwatywni, przesadnie religijni i apodyktyczni dziadkowie - Stefan i Pelagia.

Dziecko pijaczki

Jego matka, Monika Mikołajczak, w chwili rozwiązania miała zaledwie 17 lat. Dziewczyna nie chciała wyjawić, kto jest ojcem jej dziecka i w akcie urodzenia figuruje on jako "nieznany". Początkowo młoda mama wraz z synkiem mieszkała u rodziców, którzy obiecali pomóc swojej jedynaczce. Córka zgodnie z ich życzeniem miała przede wszystkim skupić się na nauce, a wychowanie Marcinka pozostawić im.

Chłopiec był grzecznym, spokojnym i bardzo cichym dzieckiem. Błyskawicznie stał się ulubieńcem całej rodziny, a w szczególności swoich dziadków. Rósł zdrowo pod opieką rodziców Moniki. Z czasem jego matka zaczęła odczuwać zazdrość o to, że synek więcej czasu spędza z babcią niż z nią. Nie mogła znieść, że Marcinek, który dopiero co zaczął sylabować, mówi "mama" do Pelagii.

Reklama

Marzenia rozsypały się jak domek z kart

Babcia starała się tłumaczyć córce, że chłopiec jest jeszcze malutki, przebywa z nią całe dnie i dlatego czasem tak na nią woła. Powiedziała jej, by się nie przejmowała, jednak Monikę to bolało. Dziewczyna obiecała sobie, że jak najszybciej wyniesie się od rodziców i sama, bez ich pomocy, wychowa syna. Kiedy Marcinek miał cztery lata, Monika poznała Arkadiusza, z którym planowała wziąć ślub. Stefan i Pelagia sprzeciwili się temu związkowi, jednak wbrew ich woli Monika postawiła na swoim.

W lipcu 1989 roku młodzi ludzie pobrali się. Na kilka dni przed planowaną ceremonią dziewczyna spakowała rzeczy swoje i Marcinka, i przeniosła się do mieszkania przyszłego męża. Początkowo wszystko układało się po ich myśli. Monika była szczęśliwa, widząc, że Arek traktuje malca jak własnego syna. Małżonkowie planowali kupić większe mieszkanie i postarać się o kolejne dziecko. Jednak pewnego dnia wszystkie ich plany i marzenia rozsypały się jak domek z kart.

Smutki topione w alkoholu

Pod koniec 1991 roku Arkadiusz miał wypadek samochodowy i w wyniku odniesionych obrażeń po tygodniu zmarł w szpitalu. To był szok dla dziewczyny. Monika nie potrafiła otrząsnąć się po stracie męża; wpadła w depresję. Marcin skończył właśnie siedem lat, chodził do pierwszej klasy szkoły podstawowej i nie do końca rozumiał, co się stało. Wiedział jedynie, że tata już nie wróci.

Jego mama zaczęła topić smutki w alkoholu.

Z czasem pozostający bez opieki chłopiec z pogodnego, zadbanego dziecka zmienił się w nerwowego, niegrzecznego łobuza. Dyrektorka szkoły poinformowała o całej sytuacji dziadków chłopca.

Wychowany przez ulicę

Stefan i Pelagia zaproponowali córce, że na jakiś czas - zanim dojdzie do siebie - zaopiekują się wnuczkiem, jednak Monika nie chciała o tym w ogóle słyszeć. Obiecała, że weźmie się w garść i sama zajmie się synem. Jednak nie potrafiła dotrzymać słowa i zupełnie przestała interesować się dzieckiem.

Marcin rósł. Przyzwyczaił się do sytuacji, w której musiał sam sobie radzić. Nikomu się nie skarżył, ukrywał zarówno w szkole, jak i przed dziadkami, że mama nadal pije. Inaczej nie mógł, bo kobieta straszyła go, że jeśli ją wyda, odda go do domu dziecka. Chłopiec większość czasu spędzał na podwórku. Spotykał się z grupką dzieci z podobnymi jak on problemami. Miał zaledwie osiem lat, kiedy zaczęła wychowywać go ulica. Czasami, żeby nie chodzić głodnym, kradł. Szybko poznał smak papierosów i piwa.

Po latach Marcin w ten sposób wspominał swoje dzieciństwo: - Wstydziłem się tego, kim jestem oraz tego, jaka jest moja matka. Większość dzieciaków wyśmiewała się ze mnie, wyzywali mnie od "bachora pijaczki". Miałem kilku kolegów, oni pochodzili z podobnych rodzin, rozumieli mnie. Byłem zaniedbany, często nie miałem co jeść, nie mówiąc już o najpotrzebniejszych rzeczach, jak spodnie czy buty. Nieraz uciekałem przed pijaną matką i jej kolejnymi kochankami, którzy przewijali się przez nasze mieszkanie. Wiele nocy spędziłem na ulicy. Zazdrościłem kolegom domów, rodziców, miłości. Oni posiadali wszystko, a ja, żeby mieć głupią bułkę, musiałem żebrać lub kraść.

Wyprowadzanie na ludzi

Problemy w domu rodzinnym odbijały się na nauce i zachowaniu Marcina. Chłopiec ufał tylko przyjaciołom z podwórka. W szkole izolował się całkowicie od innych uczniów. Na wszelkie próby pomocy reagował agresywnie. Z trudem zdawał do kolejnych klas. Po skończeniu podstawówki zrezygnował z dalszego kształcenia się. Musiał się sam utrzymywać i wciąż kombinował, jak zdobyć parę groszy. Nie przypuszczał, że jego życie niebawem się zmieni.

Dziadków Marcin pamiętał jak przez mgłę. Dawno ich nie widział, gdyż - jak opowiadała matka - nie chcieli jej znać. Była to prawda. Rodzice Moniki istotnie w pewnym momencie zaprzestali walki o wnuka i powrót do normalności swojej córki. Zerwali z nią wszelkie kontakty. Monice to odpowiadało, bo przynajmniej przestali zrzędzić. Męczyło ją ich gadanie o zasadach i wartościach,

o życiu w wierze i w zgodzie z przykazaniami. Ona chciała robić to, na co miała ochotę.

Kiedy pod koniec 1999 roku Monika, złapana za rozbój, trafiła do więzienia, Marcin został umieszczony w pogotowiu opiekuńczym. Rozpoczęto poszukiwania rodziny, która zgodziłaby się zająć nastolatkiem.

Dziadkowie, gdy tylko dowiedzieli się, w jak fatalnej sytuacji znalazł się ich wnuczek, obiecali zająć się chłopakiem i wychować go jak należy. Decyzją sądu Marcin zamieszkał razem z Pelagią i Stefanem. Mimo szczerych chęci obu stron relacje pomiędzy wnuczkiem i dziadkami nie układały się najlepiej. Marcin z trudnością przestrzegał zasad panujących w domu jego opiekunów. Na początek nakazali mu kontynuowanie nauki. Na prośbę Stefana nastolatek został przyjęty do jednej z poznańskich zawodówek. Postępy w nauce również sprawdzał starszy pan, cały czas powtarzając, że jego największym marzeniem jest "wyprowadzenie Marcinka na ludzi".

"Zakaz spotykania się z dziewuchą"

Nastolatek musiał całkowicie zmienić dotychczasowy styl życia. Otrzymał kategoryczny zakaz palenia oraz wychodzenia po godzinie 20 w tygodniu i po 22 w weekendy. O dyskotekach czy wyjściach do pubów w ogóle nie było mowy. Jego opiekunowie sprawdzali, czy nie przychodzi do domu pijany. Dziadkowie nie byli zachwyceni towarzystwem, w jakim się obracał, chcieli też, by Marcin zaczął się inaczej ubierać. Nastolatek ponownie poszedł do szkoły, przestrzegał narzuconego mu zakazu palenia i picia, w domu zjawiał się o ustalonych porach.

Ale wściekał się, gdy dziadkowie mieszali się do tego, co na siebie zakłada i z kim się spotyka. Chłopak często w złości powtarzał, że "prędzej zabije siebie lub ich, niż zrezygnuje z przyjaźni z kumplami", która - jak podkreślał - "trwa od lat". Oczywiście nikt nie brał tych gróźb na serio. Starszemu państwu nie podobała się zwłaszcza jedna dziewczyna, z którą spotykał się ich wnuk - 16-letnia Marta, ich zdaniem zbyt wulgarna i wyzywająca.

Artykuł pochodzi z kategorii: Śledztwo

Zobacz również

  • Oceń tekst

    Ocen: 23

Reklama

Wasze komentarze (6)

Dodaj komentarz

~S. Nowak -

Tak się dzieje , jak wychowujemy dziecko w rozbitej rodzinie i do tego bez zasad i dyscypliny . Dziecko musi mieć dobry wzór do naśladowania, niestety wyrodna matka nie miała ochoty słuchać dobrych rad swoich rodziców. Dlaczego w Polsce nie ma kary śmierci? Jak będzie w Polsce za kilka lat, kiedy tylu zbrodniarzy wyjdzie na wolność. Znowu zginą niewinni ludzie. Morderca zawsze będzie mordercą!

Dodaj komentarz