Reklama

  •  

    Wybić prostytutki

W latach 70-tych w okolicach Poznania młody mężczyzna brutalnie mordował prostytutki. W czasie procesu okazało się, że matka mordercy sama pracowała jako dama do towarzystwa, a swoim klientom często oferowała usługi nieletniego syna...

Zdjęcie

Kiedy miał 13 lat, został zgwałcony przez jednego z klientów swojej matki... /Getty Images/Flash Press Media
Kiedy miał 13 lat, został zgwałcony przez jednego z klientów swojej matki...
/Getty Images/Flash Press Media
Październik 1972 roku okazał się tragiczny dla poznańskich "pań do towarzystwa". Brutalny morderca w odstępie kilku dni zabił dwie młode prostytutki. Milicja bezskutecznie poszukiwała sprawcy. Śledczy zdawali sobie sprawę, że w każdej chwili może dość do następnej zbrodni. 14 października 1972 roku panował przeraźliwy ziąb. Dochodziła 19, a Marta już trzecią godzinę przechadzała się po poznańskiej Starówce w poszukiwaniu klienta.

Klient z manierami

Zazwyczaj szybko znajdowała mężczyznę, który za niezbyt wygórowaną opłatę chciał skorzystać z jej usług. Skąpo odziana dziewczyna była przemarznięta. Pokręcę się jeszcze godzinkę i uciekam do domu. Zimno jak cholera - pomyślała. Z pewną zazdrością spojrzała w kierunku koleżanki, która już po raz trzeci tego dnia szła z klientem w ustronne miejsce. Nagle poczuła delikatny dotyk na ramieniu. Odwróciła się i zobaczyła eleganckiego, wysokiego i przystojnego mężczyznę, na oko trzydziestoletniego. - Przepraszam panią - odezwał się nieśmiało. - Czy zgodziłaby się pani pójść do mnie? Dziewczyna z trudem powstrzymała śmiech. Facet z manierami w jej fachu to rzadkość. Zazwyczaj trafiała na takich, którzy wołali: "Lala, ile bierzesz?" lub "Maniura, idziemy na bok?".

Klient z wyższej półki

Jeszcze raz przyjrzała się mężczyźnie. Była zaskoczona, że tak przystojny gość podszedł właśnie do niej. Nie należała do najbardziej atrakcyjnych "panienek" i raczej interesowali się nią tacy z niższej półki - mało przystojni, niebogaci, których jej koleżanki określały mianem "robola-żonkosia". Chociaż raz połączę przyjemne z pożytecznym - pomyślała i posłała klientowi jeden z wystudiowanych, zalotnych uśmiechów. - Marta jestem, ale nazywaj mnie Margarette - przedstawiła się. - To gdzie idziemy? - Miło mi, Paweł. Mieszkam tu, niedaleko, na Armii Czerwonej - odparł. - No więc...? Nie ma na co czekać! - powiedziała i chwyciła mężczyznę pod rękę. Dziewczyna jeszcze ukradkiem dała znać swojej koleżance po fachu, że zapowiada jej się udany wieczór i raczej już dziś nie wróci na ulicę. Tego dnia widziano Martę po raz ostatni żywą.

Reklama

Gdzie jest moja córka?

Nazajutrz po południu do Komendy Miejskiej Milicji Obywatelskiej Poznań - Stare Miasto przyszła 48-letnia Irena Bentkowska. Zdenerwowana kobieta podeszła do dyżurnego: - Błagam, pomóżcie mi, moja córka, Marta, nie wróciła do domu - powiedziała. - Czuję, że stało się coś niedobrego! Milicjant początkowo starał się uspokoić kobietę, tłumacząc, że skoro córka jest dorosła, ma prawo wracać do domu, kiedy chce i nie informować nikogo o swoich zamiarach. Sugerował również, że być może dziewczyna gdzieś zabalowała i niebawem da o sobie znać, lub że po prostu postanowiła zmienić swoje dotychczasowe życie i uciekła. Takie rzeczy ciągle się zdarzają. Jednak kiedy usłyszał, że Marta wieczorami dorabia sobie jako prostytutka, poprosił kobietę, aby chwilkę poczekała i poszedł po kolegę. Kilka minut później Irena siedziała w gabinecie oficera Marka Nowakowskiego, który prowadził śledztwo w sprawie zabójstw poznańskich prostytutek. Funkcjonariusz poprosił Irenę o zdjęcie córki.

Matka chorego dziecka

Z fotografii spoglądała na niego młoda, uśmiechnięta kobieta. Milicjantowi spodobały się jej kocie oczy i burza rudych kręconych włosów. - Niech mi pani opowie o niej - poprosił. - Marta to wesoła, bardzo sympatyczna i otwarta dziewczyna. Ma zaledwie 24 lata i sama wychowuje czteroletniego syna, Michała. Sporo już w życiu przeszła. Chłopak odszedł od niej, gdy dowiedział się, że dziecko ma łuszczycę i astmę. Jesteśmy biedni, mój mąż nie żyje, a ja mam tylko rentę. Marta pracuje w sklepie, ale to nam nie wystarcza do końca miesiąca. Mały cały czas choruje... Dlatego córka... poszła na ulicę - powiedziała z zażenowaniem kobieta. - Nie chciałam tego - tłumaczyła się - ale ona mówiła, że to tak na razie, dopóki nie znajdzie lepiej płatnej, stałej pracy. Wiedziałam, że w końcu coś się stanie, bo włóczyła się w nocy po ulicach. - Czy córka ostatnio kogoś poznała, spotykała się z kimś? - Nie, z nikim, dla niej Michaś jest całym życiem. Często narzekała, że nie ma dla niego czasu. Nowakowski zapewnił Irenę, że milicja zrobi co w jej mocy, aby odnaleźć Martę. - Proszę wracać do wnuka, na pewno wszystko będzie dobrze. Jak tylko się czegoś dowiemy, skontaktujemy się z panią - powiedział.

Zwłoki w lesie

Szesnastego października około godz. 16 dyżurny komendy wojewódzkiej MO przy ul. Kochanowskiego w Poznaniu otrzymał zgłoszenie o znalezieniu ciała młodej kobiety w lesie na Błoniach Dębińskich. Funkcjonariusz przyjmujący zgłoszenie doskonale znał sprawę morderstw miejscowych prostytutek. Wiedział również, że przed dwoma dniami zaginęła kolejna dziewczyna, więc przypuszczał, że najprawdopodobniej to jej zwłoki zostały znalezione. Pół godziny później w okolicach Błoni Dębińskich zaroiło się od milicjantów. Przystąpiono do oględzin terenu i zabezpieczania śladów. Ofiara leżała na wznak, ręce miała skrzyżowane na piersi. Była kompletnie ubrana. Na jej szyi widniały grube, sine pręgi. Śledczy zwrócili uwagę na jej dłonie. Zauważyli, że u prawej ręki brakowało serdecznego palca - podobnie jak u dwóch poprzednich ofiar. To utwierdziło ich w przekonaniu, że sprawcą wszystkich zbrodni jest ta sama osoba. Przy dziewczynie znaleziono dokumenty. Ustalono, że ofiara to zaginiona Marta Bentkowska. Wstępne oględziny miejsca zbrodni wykazały, że dziewczyna nie została zamordowana w miejscu, w którym natrafiono na jej ciało.

Wiele wspólnego

Najprawdopodobniej zwłoki przeniesiono tutaj 14 lub 15 października, gdyż 16 padał deszcz, a ziemia pod ciałem była sucha. Brakowało również jakichkolwiek śladów, które mogłyby wskazywać, że w tym miejscu doszło do bójki lub szamotaniny. Jeszcze tego samego dnia w Zakładzie Medycyny Sądowej w Poznaniu przeprowadzono sekcję zwłok. Badanie wykazało, że dziewczyna przed śmiercią odbyła stosunek. W jej pochwie oraz ustach znaleziono śladowe ilości nasienia. Brakowało dowodów wskazujących na to, że Marta mogła zostać zgwałcona - przypuszczano, że do stosunku doszło po obopólnej zgodzie. Jako przyczynę śmierci lekarz sądowy podał uduszenie. Ustalono również, że zgon dziewczyny nastąpił ponad trzydzieści godzin przed znalezieniem jej zwłok. Działał zawsze tak samo. Grupa operacyjna, zajmująca się wyjaśnianiem serii zabójstw prostytutek, ustaliła, że kobiety te miały ze sobą wiele wspólnego. Wszystkie samotnie wychowywały dzieci, nierządem trudniły się od niedawna, miał to być sposób na dodatkowy zarobek i poprawę trudnej sytuacji materialnej. W celu ustalenia przebiegu ostatnich godzin życia Marty wywiadowcy przesłuchali kobiety, które w dniu jej zaginięcia widziały denatkę jeszcze żywą. Każda z pań lekkich obyczajów wspominała o "eleganciku", z którym rozmawiała ich koleżanka. Milicjanci podejrzewali, że to właśnie ta osoba może być sprawcą śmierci Bentkowskiej i dwóch pozostałych dziewczyn - Barbary Stroińskiej i Marzeny Gilwatowskiej.

Portret pamięciowy

Na podstawie zeznań przesłuchiwanych milicyjny rysownik stworzył portret pamięciowy podejrzanego: dobrze ubranego mężczyzny o wzroście około 180-185 cm, wadze 80-85 kg, ciemnych, zaczesanych na bok włosach, dużych piwnych oczach, pociągłej twarzy. Mając rysopis, milicjanci zaczęli przepytywać kobiety ze "środowiska". Nazajutrz na komisariat zgłosiła się dziewczyna, która 14 października spotkała Martę. Anna B. zaskoczyła funkcjonariuszy swoimi zeznaniami. - Po raz ostatni widziałam Martę po 19. Szła z Pawłem w kierunku jego mieszkania - powiedziała. - Pani zna mężczyznę, z którym widziano tego dnia ofiarę? - spytał jeden z oficerów śledczych. - Oczywiście - potwierdziła kobieta. - Paweł był jednym z moich stałych klientów. Spotykaliśmy się systematycznie. To bardzo inteligentny, szarmancki mężczyzna. Jest urzędnikiem. Widywaliśmy się nie tylko po to, aby uprawiać seks. Dużo rozmawialiśmy - pytał o moje życie prywatne, często również o inne koleżanki i ich sytuację. Był taki troskliwy i opiekuńczy... Przejmował się losem dziewczyn, które musiały pracować na ulicy, aby móc utrzymać swoje dzieciaki. - Wie pani może, jak on się nazywa i gdzie go możemy znaleźć? - To Paweł Dereń, mieszka w kamienicy na ul. Armii Czerwonej 254/8.

Milicja, otwierać!

Osiemnastego października o godzinie 5.45 pod kamienicę, w której mieszkał podejrzany, podjechały cztery milicyjne samochody. O 6 funkcjonariusze z nakazem zatrzymania oraz przeszukania zapukali do drzwi mieszkania nr 8. - Milicja, otwierać! - rozległ się krzyk na klatce. P o chwili drzwi otworzyły się i w wejściu stanął mężczyzna. - O co chodzi? - zapytał. - Obywatel Paweł Dereń? - spytał funkcjonariusz. Kiedy usłyszał potwierdzenie, powiedział: - Jest pan podejrzany o zabójstwo trzech kobiet. - Panowie, ale to jakaś pomyłka! - odparł zaskoczony lokator. W czasie, gdy w mieszkaniu Derenia trwała rewizja, on sam został przewieziony do komendy miejskiej przy al. Marcinkowskiego, gdzie czekali na niego oficerowie prowadzący śledztwo. O 8.15 rozpoczęło się przesłuchanie.

Przyznał się do seksu

Podejrzany nie przyznał się do dokonania zabójstw. - Panowie, faktycznie przyznaję, że wieczór 14 października spędziłem w towarzystwie uroczej prostytutki, Margarette. Dziewczyna spodobała mi się i zabrałem ją do siebie do domu. Tam troszkę się pobawiliśmy - wiedzą panowie chyba, co mam na myśli - po czym zapłaciłem jej, a ona ode mnie wyszła. Pewnie wtedy ktoś zrobił jej krzywdę...W trakcie rewizji przeprowadzonej w mieszkaniu podejrzanego, natrafiono na gruby sznur, damską torebkę i notes z imionami i nazwiskami prostytutek, z którego grubą, czerwoną kreską wykreślono nazwiska zamordowanych kobiet. Technicy kryminalni zabezpieczyli również nóż, na którym znajdowały się ślady krwi.

Syn dziwki i alfonsa

Paweł Dereń urodził się 11 stycznia 1944 roku w Poznaniu. Był owocem miłości prostytutki i jej opiekuna. Wraz z matką Krystyną i ojcem Mirosławem mieszkał w jednej z kamienic na poznańskiej Wildzie. Rodzice zaniedbywali go. Chłopiec widział ich wiecznie pijanych. Przez ich mieszkanie przewalały się tabuny mężczyzn, którzy na jego oczach spółkowali z matką. Kiedy Paweł skończył dwa lata, wzięła go na wychowanie babka. Kobieta doskonale wiedziała, w jakich warunkach żyje jej wnuk i nie mogła tego znieść. Dla babci chłopiec był wszystkim. Kochała go bardzo i starała się przychylić mu nieba, rekompensując w ten sposób brak normalnej rodziny. Paweł matkę widywał rzadko, nie częściej niż raz na dwa miesiące. Niestety, babci nie udało się uchronić go przed losem, jaki zgotowali mu jego rodzice. Kiedy chłopiec miał osiem lat, starsza pani zmarła na atak serca. Mały musiał wrócić do meliny. Po roku zmarł również jego ojciec, a wtedy został sam z matką alkoholiczką. Kobieta prawie nigdy nie trzeźwiała, a Paweł nie dość, że często oglądał ją leżącą we własnych odchodach i wymiocinach, to jeszcze musiał znosić jej facetów, którym oddawała się za pieniądze. Szybko sam doświadczył przemocy.

Dorabiała na gwałtach syna

Kiedy miał 13 lat, został zgwałcony przez jednego z klientów swojej matki. Kobieta, zamiast go obronić, powiedziała mu, że mógłby właśnie w taki sposób pomagać zarabiać na ich utrzymanie. Paweł okazał się bardzo inteligentnym i rezolutnym chłopcem. Mimo ciężkich warunków w domu starał się być jednym z najlepszych uczniów. Po skończeniu szkoły podstawowej zaczął uczęszczać do liceum. W swoje osiemnaste urodziny wyprowadził się od matki do mieszkania, które odziedziczył po babci. Utrzymywał się z dorywczej pracy, ale miał też stypendium. Po liceum kontynuował naukę wieczorowo na uniwersytecie. Tam również radził sobie znakomicie i był jednym z najlepszych studentów. Mimo że cieszył się ogromnym powodzeniem wśród koleżanek, z żadną nigdy nie związał się na dłużej. Gardził kobietami - uważał, że każda z nich, tak jak jego matka, zrobi wszystko dla pieniędzy. Po studiach znalazł pracę w jednym z poznańskich urzędów. Zarabiał dość dobrze i czasami wpadał do matki, aby ją trochę wspomóc. Obiecał sobie, że nigdy nie zwiąże się z żadną kobietą, gdyż interesują je tak naprawdę tylko jego pieniądze.

Żona "dziwką na stałe"

Często w rozmowie z kolegami powtarzał, że niepotrzebna mu w domu "dziwka na stałe", której będzie musiał płacić nie tylko za seks, ale i za sprzątanie i gotowanie. Wolał korzystać z usług prostytutek, które - jak zaznaczał - "są mniej kosztowne". Starał się spotykać z tymi samymi dziewczynami. Z jedną, Anną, nawet się zaprzyjaźnił. Ona opowiadała mu dużo o swoich koleżankach, o tym, że zamiast siedzieć w domu z dziećmi, muszą stać na ulicy po nocach. Paweł zawsze irytował się, słuchając tych opowieści, uważał, że dla dziecka lepsze byłoby nie mieć matki, niż być córką lub synem dziwki - tym bardziej, że na własnej skórze przekonał się, jak boleśnie może się skończyć wizyta w domu któregoś z klientów. Współczuł tym dzieciakom i postanowić "ulżyć" im w cierpieniu...

Spowiedź mordercy

Dwanaście godzin po zatrzymaniu Paweł Dereń został przewieziony do prokuratury rejonowej. Tam, w obecności prokuratora Michała Kwiatkowskiego, mężczyzna przyznał się do zabicia trzech kobiet. Wyjaśnił też motywy, którymi się kierował, dokonując zbrodni. - Wszystko było dobrze, dopóki żyła babcia, ona mnie kochała i się mną opiekowała. Kiedy zmarła, z dnia na dzień musiałem dorosnąć. Zajmowałem się domem, gotowałem i jeszcze włóczyłem po różnych melinach w poszukiwaniu matki, która gdzieś chlała albo się kurwiła. Walczyłem o nią, zazdrościłem kolegom, którzy żyli w normalnych domach. Ja nie miałem w czym chodzić, co jeść - nikt się mną nie interesował. Jej klienci mnie gwałcili, popychali lub traktowali jak służącego. Wiele nocy spędziłem na klatce, obiecałem sobie wtedy, że wyrwę się z tej patologii, z tego bagna i że zrobię wszystko, aby pomóc takim dzieciom, jak ja. Dlatego też spotykałem się prostytutkami, od nich dowiadywałem się, które z dziewczyn stojących na ulicy mają dzieci. Chciałem wybić te przeklęte dziwki.

Palec znakiem rozpoznawczym

Wychodził i zagadywał zawsze upatrzoną prostytutkę. Wybierał te najmłodsze. Zapraszał je do siebie do domu i tam uprawiał z nimi seks. Po wszystkim, kiedy dziewczyna się ubrała, zabijał ją. Zaciskał na jej szyi sznur i trzymał do momentu, kiedy ofiara traciła dech i umierała. Po zabójstwie odcinał im palec - miał to być jego znak rozpoznawczy. Chciał, aby wszyscy wiedzieli, że prostytutki uśmierca ten sam człowiek. Następnie w nocy wywoził ciała do lasu. Decyzją sądu Paweł Dereń został tymczasowo aresztowany na trzy miesiące i przewieziony do Aresztu Śledczego przy ul. Młyńskiej 1 w Poznaniu.

On jest psychicznie chory

Paweł Dereń zażądał przydzielenia obrońcy z urzędu. Jego adwokatem został Marcin G. Jak większość prawników broniących w tego typu sprawach, mecenas początkowo przyjął linię obrony, w której starał się wykazać, że ciężkie przeżycia, które stały się udziałem chłopaka w dzieciństwie i okresie dojrzewania, wywołały u niego chorobę psychiczną. Zdaniem adwokata miała ona ogromny i zasadniczy wpływ na czyny podsądnego i mogła spowodować, że w trakcie ich popełniania był on niepoczytalny. W piśmie do Prokuratury Wojewódzkiej w Poznaniu Marcin G. napisał: (...) Wszelkie fakty wskazują na to, że mój klient jest psychicznie chory. Jego zachowanie, napięcie nerwowe, ataki agresji czy apatia świadczą o silnym stresie, jaki od dawna towarzyszy mojemu klientowi, a objawy te są jego skutkiem. Proszę o przeprowadzenie obserwacji sądowo-psychiatrycznej w celu stwierdzenia, czy klient mój w trakcie popełniania czynów był niepoczytalny. Ze względu na swój stan zdrowia mój klient nie może odpowiadać za czyny, jakich się dopuścił, ponieważ w trakcie ich popełniania nie był świadomy, że postępuje źle, wręcz przeciwnie, był przekonany, że postępuje w słusznej sprawie, ratując życie bezbronnych dzieci (...).

Wyniki na niekorzyść

Prokuratura przychyliła się do wniosku adwokata i na jej polecenie w styczniu 1973 roku Dereń został przewieziony na Oddział Psychiatrii Sądowej Szpitala Aresztu Śledczego w Szczecinie, gdzie przebywał przez trzy miesiące. Przeprowadzona obserwacja miała na celu ocenę stanu umysłowego podejrzanego oraz określenie stopnia jego niepoczytalności w stosunku do zarzucanych mu czynów karalnych. W opinii sądowo-psychiatrycznej z 18 kwietnia 1973 roku czytamy: (...) Wielokrotne badania psychiatryczne w czasie obserwacji szpitalnej, wykonane badania specjalistyczne, analiza danych zawarta w aktach sprawy pozwalają na stwierdzenie, że u podejrzanego nie stwierdzamy objawów choroby psychicznej w rozumieniu psychozy ani niedorozwoju umysłowego. W czasie obserwacji sądowo-psychiatrycznej dominowały natomiast wyraźne zaburzenia osobowości, niechęć do osób trzecich, okresowo postawa niechętna, drażliwość. Osobowość o cechach niedorozwoju emocjonalnego. Badany cierpi na napady lęku, co może świadczyć o przeżyciach traumatycznych. W przeprowadzonym wywiadzie podaje, że dorastał w warunkach patologicznych, był ofiarą agresji, został zgwałcony.

Trauma, ale nie choroba

Wykonane badania na oddziale obserwacji nie ujawniły jednoznacznych wyraźnych wyników świadczących o ograniczonym uszkodzeniu mózgu. Zachowanie podejrzanego jest charakterystyczne dla niedojrzałych osobowości. Przeprowadzona analiza zdarzeń, które doprowadziły do aresztowania podejrzanego, wykazuje, iż przeżyte traumy mogły mieć wpływ na ich dokonanie, jednak nie znaleziono takich chorobliwych przyczyn, które by ograniczyły w jakimś stopniu jego zdolności postrzegania. Mimo usilnych starań adwokata o uznanie jego klienta za osobę niepoczytalną ta linia obrony nie przyniosła spodziewanego rezultatu. Co prawda biegli psychiatrzy rozpoznali u podejrzanego zaburzenia o złożonym podłożu psycho-socjo-charakteropatycznym, jednak z całą pewnością uznali go za osobę w pełni poczytalną i świadomą okrucieństwa czynów, jakich się dopuścił.

Wyrok: winny

Śledztwo w sprawie zabójstwa trzech prostytutek trwało ponad osiem miesięcy. 11 czerwca 1973 roku akt oskarżenia przeciwko Pawłowi Dereniowi trafił do Wydziału IV Karnego Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu. Proces rozpoczął się trzy miesiące później, 9 września. W pierwszym dniu na rozprawie Paweł Dereń przyznał się do stawianych zarzutów, odmówił jednak składania wyjaśnień, oświadczając: - Uważam, że w trakcie śledztwa powiedziałem już wszystko, co powinienem. Nie będę starał się teraz jakoś wybielać. Ja w tej sprawie zeznałem już wszystko i nie mam nic więcej do dodania. Proces zakończył się po czterech miesiącach. Paweł Dereń został uznany winnym zarzucanych mu czynów.

"I tak nie mam dla kogo żyć"

Wyrokiem w imieniu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej z 16 stycznia 1974 roku został skazany za każde z zabójstw na karę śmierci oraz pozbawienie praw publicznych na zawsze. Uzasadniając wyrok, sędzia Bronisław Karłowicz powiedział, że nie widzi innej możliwości, jak wymierzenie kary eliminacyjnej, gdyż oskarżony budzi uzasadnione obawy co do tego, że może się w przyszłości dopuścić podobnych czynów. Jestem nawet pewien, że gdyby oskarżony wyszedł na wolność, znów zabiłby jakąś kobietę. Uważam, iż wina oskarżonego w tej sprawie nie budzi żadnych wątpliwości, a kara, jaka została wymierzona, jest adekwatna do społecznej szkodliwości czynu - czytamy w uzasadnieniu wyroku. Sędzia w swym wystąpieniu zwrócił uwagę na to, że popełniając zbrodnie, Paweł Dereń kierował się niskimi pobudkami, ponieważ postanowił pozbawić życia trzy osoby tylko po to, aby rozprawić się z upiorami ze swojej przeszłości. Podsądny wysłuchał wyroku w milczeniu, ze spuszczoną głową. Na koniec powiedział do swojego obrońcy: - Niech się pan nie martwi, ja i tak nie mam po co i dla kogo żyć.

Bez prawa łaski

Kilka dni po zakończeniu procesu obrońca Pawła Derenia złożył apelację, a później wniosek o rewizję wyroku. Sprawa trafiła ponownie na wokandę, tym razem w Sądzie Najwyższym w Warszawie. Po ponownym rozpatrzeniu sprawy Sąd Najwyższy 18 lipca 1974 roku oddalił rewizję, podtrzymując w całości orzeczony wyrok sądu I instancji. Dereniowi było i tak obojętne, czy sąd zmieni swoją decyzję. W rozmowach z wychowawcą z Aresztu Śledczego w Poznaniu tłumaczył, że tylko z jednego powodu chciałby, aby wyrok zmieniono - ponieważ cholernie boi się śmierci, ale tak poza tym to na taką właśnie karę sobie zasłużył i na życiu wcale mu nie zależy. 15 listopada 1974 roku do aresztu śledczego dotarło pismo z Warszawy informujące, iż Rada Państwa postanowiła nie skorzystać z prawa łaski względem skazanego Pawła Derenia. Decyzję o dacie wykonania kary miał podjąć Sąd Wojewódzki w Poznaniu. 22 listopada sąd wydał postanowienie, w którym wykonanie egzekucji wyznaczył na 11 stycznia 1975 roku, dokładnie w 31. urodziny Pawła Derenia. Miał zostać stracony przez powieszenie w Areszcie Śledczym przy ul. Młyńskiej w Poznaniu.

"To już dziś?"

Zgodnie z panującym zwyczajem skazanego nie poinformowano o postanowieniu sądu odnośnie daty wykonania kary śmierci. 11 stycznia o godzinie 16.45 do celi, w której przebywał Paweł, wszedł strażnik. - Dereń, szykuj się, adwokat do ciebie - powiedział. Więzień nie odezwał się. Uśmiechnął się tylko pod nosem. Doskonale zdawał sobie sprawę, że z tej wizyty najprawdopodobniej już nie wróci. W końcu musiał nastać ten dzień. Na wszelki wypadek pożegnał się z kolegami i w asyście strażnika wyszedł z celi. Na korytarzu zauważył kilku funkcjonariuszy. Podeszli do niego i chwycili go z obu stron pod ramiona. Mimo że był zdenerwowany, starał się zachować spokój. Na miejsce dotarł kilka minut później.

Trzask zapadni

W celi czekali na niego kat, dyrektor więzienia, prokurator oraz ksiądz. Kilka minut po godzinie 17 rozpoczęto odczytywać wyrok. Skazaniec drżał. Nie skorzystał z prawa do ostatniego życzenia. Paweł do końca zachowywał się spokojnie, nie bronił się... Punktualnie o 18 rozległ się trzask zapadni. O godzinie 18.40 lekarz stwierdził zgon. Zwłoki skazańca zdjęto z pętli i włożono do przygotowanej trumny. Kat, jak było w zwyczaju, zdjął z dłoni białe rękawiczki i rzucił je na ciało Pawła Derenia. Nazajutrz komisja w składzie: starszy sekretarz, starszy referent i palacz, wykonała postanowienie sądu, dotyczące przepadku mienia należącego do skazańca. Spalono jego odzież, ręczniki oraz rzeczy osobiste. Paweł Dereń został pochowany 14 stycznia 1975 roku na Cmentarzu Miłostowskim w Poznaniu. Jego grób, podobnie jak groby innych morderców straconych w tym mieście, znajduje się tam do dzisiaj.

Kinga Przyborowska

Personalia oraz niektóre okoliczności zdarzeń zmieniono.

Artykuł pochodzi z kategorii: Śledztwo

Zobacz również

  • Oceń tekst

    Ocen: 61

Reklama

Wasze komentarze (28)

Dodaj komentarz

~ja. -

Smutna historia i na pewno żal tego człowieka.Musiał przejśc przez piekło za zycia ... żal tez tych kobiet które mają siebie za nic bo tez były byc moze w złych rodzinach wychowywane i nauczone tego ...ogólnie tragiczne losy kilku istnień .

~Pani M. -

Szczerze mówiąc to mu współczuje, gdyby miał normalną kochającą rodzine na pewno byłby wartościowym człowiekiem, w dodatku inteligentnym o czym świadczy ukończony uniwersytet. Nikt nie chciałby być dzieckiem prostytutki, to jak przekreślenie Twojego życia od samego startu.

~ona>>>>>> -

zruzmcie go!!!!!!! witam ja bym go doskonale zrozumiala gdyz ktos jak cos zlego nieprzeszedl w zyciu to niezrozumie takiego czlowieka jak moze miec zniszczona psychike a o nia łatwo jak ma ktos saba psychike niestety a czytajac artykul on mial bardzo zniszczona psychike zal mi go bardzo nikt mu niepomogl byl sam z tym wszystkim gdyby mial pomoc jaka kolwiek niedoszlo by do tego pozdrowienia dla niezrozumiejacych ludzi

Dodaj komentarz