Napad na Societe Generale - uczta w obrobionym banku

Societe Generale - bank, który się obiektem kradzieży stulecia /ASSOCIATED PRESS/FOTOLINK /East News

Podczas największej kradzieży w historii Francji rabusie przez ponad 2 doby plądrowali kasetki z pieniędzmi. Zanim wyszli z łupem, zjedli wykwintną kolację.

Reklama

Był  poniedziałek, 19 lipca 1976 roku. Parę minut przed 9 dwóch pracowników banku Société Générale w Nicei zeszło do podziemi, aby otworzyć drzwi skarbca. Włożyli klucze do zamków i przekręcili je w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Kiedy usłyszeli znajomy zgrzyt, natychmiast szarpnęli za potężny uchwyt. Jednak tym razem stalowe wrota nawet nie drgnęły! Bankowcy spojrzeli na siebie zdumieni.   

- Spróbujmy jeszcze raz - zadecydował starszy z mężczyzn. Powtórzyli procedury, ale znów bez efektu! Po kilku kolejnych nieudanych próbach zrezygnowali. Poszli do dyrektora, żeby powiadomić go o usterce.

Jacques Guenet zszedł na dół, aby osobiście sprawdzić, co się stało. Kiedy stwierdził, że jego podwładni mieli rację, zadzwonił po ślusarzy. Był kwadrans po 9.

Fachowcy przybyli na miejsce 15 minut później. Specjaliści potwierdzili to, co wydawało się najbardziej oczywiste - z niewiadomych przyczyn drzwi się zacięły. Nie pozostało nic innego, jak przewiercić się przez masywną betonową ścianę.

Prace trwały ponad 2 godziny i przebili się w samo południe. Kiedy w końcu opadł pył, dyrektor banku natychmiast wsadził głowę w otwór. Po chwili cofnął się i oniemiały patrzył na twarze ślusarzy.

- Niczego tu nie ruszajcie! - wydusił z siebie po chwili. - Muszę wezwać policję. Okradziono nas!

Wino i pasztet z wątróbek

Po dokładnym sprawdzeniu żelaznej sztaby, którą rabusie od wewnątrz zablokowali drzwi skarbca, technicy kryminalistyczni w końcu mogli wpuścić do środka detektywów. Komisarz Jacques Albertin ze zmarszczonymi brwiami rozglądał się po wnętrzu pomieszczenia. Nie zrobiły na nim wrażenia walające się po posadzce puste kasetki, banknoty o niskich nominałach, drobna biżuteria i kilkanaście sztuk broni. Po 30 latach prowadzenia najgłośniejszych śledztw w sprawie morderstw, handlu narkotykami i rabunków niewiele mogło go zaskoczyć. Jednak tym razem było inaczej.

Reklama

Omiótł wzrokiem pornograficzne zdjęcia, które bandyci przykleili do ścian. Pamiątki po seksualnych orgiach z udziałem najbardziej prominentnych mieszkańców Nicei zwiastowały nie lada kłopoty. Jeśli te fotki wypłyną, czeka nas skandal 100-lecia! - przemknęło mu przez myśl, gdy rozpoznał kolejne twarze, które niemal codziennie widywał na pierwszych stronach gazet.

Aż spurpurowiał na widok kilkunastu pustych butelek po winie i resztek pasztetu z gęsich wątróbek.

- To są jakieś jaja! - wycedził. - Oni zrobili sobie tutaj regularny piknik!

- Niech pan komisarz spojrzy - młodszy inspektor wskazywał na wewnętrzną stronę drzwi do skarbca. Bez broni, bez przemocy, bez nienawiści - brzmiał napis namalowany na ścianie białą farbą.

W rogu pomieszczenia znajdowała się dziura, która wiodła do tunelu. Jako pierwszy zszedł tam inspektor Pierre Lecocq. Włączył latarkę i aż gwizdnął z podziwem. Przestępcy profesjonalnie podeszli do pracy, w podkopie było podłączone oświetlenie i zamontowano wentylację. Co więcej, rabusie zadbali o wygodę: na ziemi rozłożyli... wykładzinę! Po kilkunastu metrach Lecocq natknął się na lancę tlenową, której bandyci użyli do przebicia się przez betonową podłogę skarbca. Wyjście z tunelu znajdowało się ponad 2 km dalej i łączyło się z siecią podmiejskich kanałów.

Tymczasem plotka o obrabowanym banku błyskawicznie rozeszła się po mieście. Wczesnym popołudniem przed siedzibą Société Générale zebrało się kilkudziesięciu klientów, którzy chcieli dowiedzieć się, czy ich depozyty są bezpieczne. Bankowcy potwierdzili, że doszło do napadu, jednak nie udzielali żadnych dodatkowych informacji.

Na wieść o rabunku wielu zgromadzonych przycupnęło na pobliskich krawężnikach i kryjąc twarze w dłoniach, płakało z rozpaczy - w skarbcu przechowywali oszczędności całego życia! Kiedy ok. 15 jeden z kasjerów wyszedł na ulicę, rozwścieczony tłum natychmiast rzucił się na Bogu ducha winnego mężczyznę. Tylko zdecydowana reakcja policjantów zapobiegła tragedii.

Kasa za donos

Następnego dnia o napadzie trąbiła już cała Nicea. Od rana rozdzwoniły się telefony na wszystkich komendach i komisariatach. Każdy z dzwoniących był przekonany, że to właśnie on naprowadzi gliniarzy na właściwy trop. Najczęściej wskazywano na bliżej niezidentyfikowany "gang hippisów", choć niemałą popularnością cieszyli się też "włoscy mafiosi".

Nie zabrakło również bardziej egzotycznych donosów, bowiem przynajmniej kilkanaście osób oskarżało o rabunek "arabskich terrorystów". Wszystkich przebił jednak pewien emeryt, który przysięgał, że sprawcą grabieży jest jego sąsiad, Jean-Claude Loret!

- Panie władzo, to na pewno on! - przekonywał oficera dyżurnego podczas rozmowy telefonicznej, którą zarejestrowano 23 lipca. - W zeszłym tygodniu pożyczył ode mnie kosiarkę i wciąż nie oddał! Na pewno wykorzystał ją do zrobienia podkopu!

Pośród setek nic nieznaczących informacji uwagę policjantów przykuł mężczyzna w średnim wieku, który zadzwonił 3 dni po odkryciu rabunku. Twierdził, że jest związany z podziemiem przestępczym w Nicei i posiada listę wszystkich osób zamieszanych w kradzież. Za ujawnienie tożsamości bandytów zażądał miliona franków oraz gwarancji, że w przypadku schwytania całej szajki otrzyma kolejną bańkę. Jako akt dobrej woli przekazał inicjały głównego organizatora napadu. Miał nim być tajemniczy "A.S.".

Policjanci poprosili o godzinę do namysłu. Kiedy o ustalonym czasie mężczyzna ponownie zadzwonił, słuchawkę przejął zastępca komendanta.

- Inicjały to za mało. Potrzebujemy więcej informacji, żeby zweryfikować pańskie doniesienia. Jestem po rozmowie z burmistrzem i dyrektorem banku, 2 mln to zdecydowanie za dużo! Musi pan obniżyć swoje żądania.

- Ryzykuję życiem, a wy chcecie negocjować?! Straciliście swoją szansę! - wrzasnął mężczyzna i rzucił słuchawkę.

Rzeczywiście, informator już się więcej nie odezwał. Na szczęście wkrótce pojawiły się pierwsze tropy, które dawały nadzieję na ustalenie tożsamości bandytów.

Bo podejrzewała zdradę

Prowadzący śledztwo oficerowie przejrzeli wszystkie zgłoszenia, którymi mundurowi zajmowali się od początku miesiąca. Mieli nadzieję natknąć się na coś, co naprowadzi ich na ślad rabusiów. Wyselekcjonowano kilkanaście mniej lub bardziej nietypowych informacji, wśród których znalazło się z pozoru nic nieznaczące zawiadomienie z 9 lipca.

Tego dnia na policję zadzwoniła żona miejscowego biznesmena. Według notatki służbowej oficera dyżurnego, Sophie Boyer zgłosiła, że z szuflady biurka w jej mieszkaniu zniknęły klucze do willi jej przyjaciela Michela Bauvoisa.

- Michel wyjechał na parę miesięcy. Poprosił mnie i mojego męża, żebyśmy doglądali jego rezydencji. No a teraz boję się, że ktoś ukradł klucze i się do niej włamał - tłumaczyła drżącym głosem. - Małżonek jest w pracy poza miastem i nie mam z nim kontaktu. Może jakiś patrol mógłby sprawdzić, czy nie ma tam włamywaczy? Nie wybaczyłabym sobie, gdyby okradli Michela!

Po krótkim wahaniu dyspozytor wysłał dwóch mundurowych pod adres wskazany przez kobietę. Dom znajdował się na przedmieściach Nicei, niedaleko wylotówki z miasta. Okazałą willę dzieliło od najbliższych zabudowań przeszło pół kilometra. Funkcjonariusze od razu zauważyli, że w środku ktoś jest. Wyjęli z kabur pistolety i powoli zbliżyli się do drzwi. Nacisnęli dzwonek.

Otworzył im ok. 40-letni brunet. Okazało się, że prócz niego w domu przebywa jeszcze trzech mężczyzn. Cała czwórka zgodnie twierdziła, że klucze dostali od Pierre'a Boyera, który udostępnił im willę przyjaciela, aby mogli zorganizować imprezę. Gliniarze na wszelki wypadek spisali dane balangowiczów. Po powrocie na posterunek zadzwonili do Sophie Boyer i przekazali jej, co ustalili. Nakazali także, by mąż zgłosił się do nich zaraz po powrocie z pracy.

Wieczorem na komisariacie zjawił się Pierre. Był mocno zmieszany, ale potwierdził wersję, jakoby użyczył willi swoim znajomym. Przy okazji wyznał, że cała sprawa ze sprawdzaniem domu wzięła się z podejrzeń jego żony, posądzającej go o niewierność.

- Ona wymyśliła bajeczkę, że boi się włamania.
Zauważyła zniknięcie kluczy i była przekonana, że zaszyłem się tam ze swoją kochanką - tłumaczył niepewnie. Wtedy gliniarze nie dali wiary tej opowieści, ale nie mieli żadnych podstaw do dalszego drążenia sprawy. Do czasu.

Wsypali kompana

Komisarz Jacques Tholance zwrócił uwagę na tamto osobliwe zdarzenie. Postanowiono raz jeszcze sprawdzić rezydencję Beauvoisa. 27 lipca do willi podjechał nieoznakowany samochód policyjny. Dwóch tajniaków przez dłuższą chwilę obserwowało posesję, jednak tym razem wydawała się opustoszała.

Wyszli z samochodu i sprawdzili drzwi. Okazały się otwarte! W środku nie było żywej duszy, ale poniewierające się w salonie rękawice, puste zbiorniki tlenu i potężne wiertła nie pozostawiały większych wątpliwości: w tym domu przebywali rabusie biorący udział w kradzieży! Spisanych uprzednio mężczyzn i małżeństwo Boyer objęto dyskretną obserwacją.

Następnego dnia natrafiono na kolejny trop. Na policję zgłosił się dyrektor niewielkiego nicejskiego banku.

- Rano jeden z kasjerów obsługiwał naszego klienta, który chciał spieniężyć złoto - oznajmił i położył na biurku oficera śledczego dwie drogocenne sztabki. - Dopiero kiedy odnosiłem je do sejfu, zauważyłem te oznaczenia. Są własnością Société Générale! - wyjaśnił, wskazując na wytłoczone w kruszcu sygnatury.

Bankowiec przekazał gliniarzom dane klienta, dzięki czemu kolejny ptaszek znalazł się pod nadzorem tajniaków.

Tożsamość kolejnej osoby, co do której istniały poważne podejrzenia, iż brała udział w napadzie, poznano dzięki cynkowi od pewnej luksusowej prostytutki.

- Moja koleżanka Chantal zwierzyła mi się ostatnio, że jej chłopak ma teraz kupę forsy, bo brał udział w jakimś wielkim skoku - zeznała córa Koryntu. A tajniacy "zaopiekowali" się kolejną osobą.

Funkcjonariusze byli cierpliwi. Niemal przez 3 miesiące pieczołowicie zbierali dowody przeciw wszystkim figurantom. Inwigilacja trwała 24 godziny na dobę; policjanci założyli podsłuchy na telefony i rozpracowywali sieć kontaktów. W końcu, 26 października 1976 roku, przeprowadzono akcję obejmującą kilka miast, w wyniku której zatrzymano 35 osób podejrzewanych o związki z napadem.

Przez następne dni kilkudziesięciu śledczych przesłuchiwało aresztantów. Po tygodniu zwolniono 27 mężczyzn, którzy mieli żelazne alibi na czas rabunku. Za kratami zostało osiem osób. W przypadku Francisa Pellegrina i Alaina Bournata śledczy zebrali żelazne dowody na ich udział w kradzieży.

Obaj, od lat związani z marsylskim podziemiem przestępczym, byli dobrze znani policji. Kryminalni przedstawili gangsterom ofertę nie do odrzucenia: jeśli wsypią organizatora napadu, dostaną mniejsze wyroki. Początkowo obaj zarzekali się, że nie wydadzą wspólnika. Pękli dopiero w sobotę, 6 listopada; zeznali, że pomysłodawcą rabunku był fotografik Albert Spaggiari.

Śledczy długo nie dawali wiary ich zapewnieniom. Albert Spaggiari był szanowanym obywatelem miasta, który w towarzystwie burmistrza Nicei odbywał właśnie podróż po Japonii. On miałby być przestępcą? Jeśli tak, to szykował się nie lada skandal! Zresztą nie pierwszy przy okazji tej zdumiewającej sprawy.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje