Reklama

  •  

    Kapsułki śmierci

Nadporucznik Hofrichter, oficer cesarsko-królewskiej armii, bardzo chciał awansować. By się pozbyć konkurentów, wysłał im... afrodyzjak.

Zdjęcie

By w końcu awansować, postanowił otruć wyższych stopniem /PantherMedia
By w końcu awansować, postanowił otruć wyższych stopniem
/PantherMedia
Austro-Węgry, lato 1909 roku. W mieście garnizonowym Linz stacjonuje 14. pułk piechoty im. Ernsta Ludwika, Wielkiego Księcia Hesji i Nadrenii, będący w służbie miłościwie panującego Franciszka Józefa I, cesarza monarchii austro-węgierskiej. Jednym z członków korpusu oficerskiego jest nadporucznik Adolf Hofrichter.

Ambitny i pechowy

Urodził się 20 stycznia 1880 r. w Reichenau koło czeskiego miasteczka Gablonz (Jablonec) nad Nysą w rodzinie zamożnych przemysłowców. Jako szesnastolatek wstąpił do wojska, w 1904 r. ukończył szkołę oficerską ze stopniem porucznika. Niedawno się ożenił i z niecierpliwością czeka na awans. Chce być członkiem Sztabu Generalnego, ma nadzieję, że wtedy zostanie oddelegowany do Wiednia. Hofrichter już dwukrotnie ubiegał się o to zaszczytne stanowisko. Niestety, bez skutku. W mniemaniu przełożonych jest przesadnie ambitny i balansuje "na granicy niesubordynacji", stąd też ich odmowa awansu.

Rzeczywiście, wymagania dla przyszłych członków sztabu są bardzo wysokie. Z tysiąca kandydatów tylko trzydziestu ma szczęście otrzymać nominacje. Pechowcy przyczyn porażki doszukują się w wyśrubowanym poziomie egzaminów albo tłumaczą ją brakiem znajomości w wyższych sferach. Najbardziej złośliwi twierdzą, że "zbyt mała ilość błękitnej krwi w żyłach" jest główną przeszkodą w karierze wojskowej.

Reklama

Afront w biały dzień

Adolf Hofrichter jest jednym z tych zawiedzionych. Zawistny oficer nie znosi kolegów, którym się udało. Tak jak jego młoda żona, urodziwa Anna, która w wyższym stanowisku męża upatrywała szansy na społeczny awans. Ambitna kobieta cierpi jak on z powodu podrzędnej pozycji towarzyskiej w garnizonowej hierarchii. Duma Anny została poważnie zraniona, gdy kobieta napotkała na swojej drodze żonę jednego z kapitanów, mającego zaszczyt służyć w Sztabie Generalnym.

Był piękny lipcowy dzień. Anna wyszła właśnie od swojej krawcowej, Heleny Stemberkovej, u której zamówiła elegancką suknię. Spacerując jedną z ulic Linzu, pani Hofrichter przyglądała się wystawom sklepowym, ale też dyskretnie, spod ronda kapelusza, spoglądała na mijających ją mężczyzn, z lubością rejestrując ich pożądliwe spojrzenia. Wiedziała, że jest ładna i z wielkim zadowoleniem odbierała oznaki zainteresowania swoją osobą. Zwłaszcza teraz, gdy spodziewała się dziecka. Jej figura nadal była idealna.

Anna miała świetny humor do chwili, kiedy ujrzała nadchodzącą z przeciwka tamtą kobietę. Znała ją ze spotkań towarzyskich. Była to żona jednego z kolegów jej męża. Starszego szarżą. Kapitanowa miała na sobie szeroką kloszową suknię, na głowie pretensjonalny, upstrzony kiczowatymi sztucznymi kwiatami kapelusz, w ręce trzymała parasolkę. Obie panie znajdowały się na wąskim trotuarze, lecz jeśli by zechciały, mogłyby się bez trudu wyminąć. Ale dumna żona kapitana nie zamierzała ustąpić z drogi nawet o centymetr pani nadporucznikowej.

Gdy obie damy zatrzymały się naprzeciw siebie, kobieta czubkiem parasola wskazała Annie ulicę. Pani Hofrichter nie przypadł do gustu ten władczy gest. Miała dwa wyjścia: albo zaryzykować starcie z arogancką przeciwniczką, albo ustąpić. By uniknąć widowiska, wybrała to drugie i zeszła z chodnika. Kapitanowa, zamiast podziękować, oświadczyła butnie: - No właśnie!

Oficerskie zabawy

W Annie zawrzała krew. Takie upokorzenie! Następnym razem nie ustąpię tej flądrze! - pomyślała. Incydent ten tak ją zdenerwował, że aż rozbolał ją brzuch. Przestraszyła się, że poroni, więc dla uspokojenia nerwów usiadła w jednej z kawiarni, a po wypiciu wody sodowej wybrała się na spacer wzdłuż Dunaju. Ale wciąż nie mogła zapomnieć o tym przykrym dla niej incydencie.

Anna była wściekła na kapitanową. Taki afront na oczach przechodniów! - myślała. Równocześnie odżył w niej żal do męża, że ciągle ma tak niski stopień i w "towarzystwie" jest w zasadzie nikim.

Postanowiła porozmawiać z nim jeszcze raz o awansie, tym razem ostrzejszym tonem.

Nadporucznik Hofrichter wrócił do domu około północy, podchmielony i w niezbyt dobrym humorze. Spędził kolejny wieczór w gronie kolegów oficerów w przybytku burdelmamy Leonie, zwanej przez wszystkich Leo. Udział w tych wieczorkach należał do niepisanych obowiązków każdego oficera - obojętnie czy był żonatym, rozwiedzionym, czy kawalerem. Żonaci mieli ciche przyzwolenie swoich "ślubnych", które albo udawały, że nie wiedzą, że ich mężowie spędzają czas w domu publicznym, albo po prostu wiedzieć tego nie chciały.

Oficerowie zwykle rozgrywali najpierw partię taroka, racząc się przy tym różnymi trunkami, a potem zabawiali się z dziewczętami. Gwoździem programu niektórych wieczorów była gra w karty o najwyższą stawkę, jaką stanowił nowy "nabytek" burdelmamy. Madame Leo po przedstawieniu nowej "dziewczynki" zachęcała mężczyzn do podwyższania stawki. Zwycięzca zyskiwał prawo do "pierwszego razu" z "nową", Leonie zaś zgarniała całą karcianą pulę.

"Prawie dziewica"

Tym razem właścicielka przyprowadziła piękną, ciemnowłosą Czeszkę Janę, sprowadzoną prosto z Pragi. Burdelmama zapewniała panów oficerów, że dziewczyna niedawno skończyła osiemnaście lat i jest "prawie dziewicą". Wreszcie późnym wieczorem w bladym świetle żyrandola na sali pojawiła się Jana owinięta jedynie w przeźroczysty tiul. Wojskowi na jej widok aż gwizdnęli z podziwu. Adolf Hofrichter miał wielką chrapkę na piękną Czeszkę, dziewczyna była w jego typie.

Ale karta mu nie dopisała i zdobycz przypadła w udziale porucznikowi Schneiderowi. Dzień ten w ogóle okazał się pechowy dla ambitnego nadporucznika: najpierw na służbie dostał reprymendę od przełożonego, potem, kiedy przechodził przez ulicę, koń dorożkarski przestraszył się przejeżdżającego automobilu, wpadł w popłoch i omal go nie stratował, a na koniec jeszcze pech w kartach...

No i te żarty kolegów na temat jego sprawności seksualnej...

"Wytrwałość" wojskowych

Ten temat zawsze pojawiał się w męskich rozmowach, oczywiście w żartobliwej formie. Szczególnie żonaci oficerowie dostawali wtedy w kość. Kawalerowie śmiali się z nich, bo coraz trudniej było im działać "na dwa fronty" - dokazywać z dziwkami i zadowalać seksualnie żony. A poza tym stale kombinować, by ich małżonki nie domyśliły się skoków w bok.

Wśród dowcipów i docinków panowie doradzali sobie również po przyjacielsku, co należy zażywać, aby wzmocnić swoją męskość: na przykład seler, szparagi, pieprz albo hiszpańską muchę. Któryś z kolegów wspomniał, że we Francji wynaleziono podobno jakieś pigułki, które w tej materii czynią cuda.

Hofrichter zdawał sobie sprawę z tego, że nie jest już takim wytrwałym kochankiem, jak przed ślubem, kiedy mógł pić całą noc i mieć jeszcze siły na miłosne igraszki. Docinki kolegów bardzo go denerwowały.

Sposób na awans

Wchodząc późną nocą do domu, nadporucznik miał nadzieję, że jego żona już śpi i nie będzie musiał wysłuchiwać jej stałych utyskiwań. Pomylił się. Anna leżała co prawda w łóżku, ale nie spała. Przygoda z kapitanową nie dawała jej spokoju i postanowiła opowiedzieć o niej mężowi, a przy okazji jeszcze raz wypomnieć mu brak awansu.

Kiedy Adolf położył się obok żony, Anna zrelacjonowała mu spotkanie na ulicy. Hofrichter przyznał, że ta gęś zachowała się po chamsku i gdyby była mężczyzną, to należałoby ją wyzwać na pojedynek. Jego żona kuła żelazo póki gorące:

- A to wszystko dlatego, że nie awansujesz! Koledzy z twojego rocznika są już kapitanami albo majorami. Tylko ty nie... Zrób coś! Gdybym wyszła za mąż za takiego Madera, byłabym już kapitanową...

Artykuł pochodzi z kategorii: Śledztwo

Zobacz również

  • Oceń tekst

    Ocen: 19

Reklama

Wasze komentarze (3)

Dodaj komentarz
Dodaj komentarz