Reklama

  •  

    Wyprawa, której nie było...

Wyprawa, która przeszła do klasyki polskiej literatury eksploracyjnej jest fikcją. Wszystko bowiem wskazuje, że czterech młodych robotników z ewakuowanego z Litzmannstadt do Glatzu, jednego z zakładów AEG, nigdy nie odnalazło ukrytych w Twierdzy Kłodzkiej skarbów.

Zdjęcie

Kadr z "Kroniki Filmowej" (1959 r.) przedstawiający speleologów penetrujący podziemia twierdzy /Odkrywca
Kadr z "Kroniki Filmowej" (1959 r.) przedstawiający speleologów penetrujący podziemia twierdzy
/Odkrywca
Prawdopodobnie nawet ich nie szukali, bo trudno wyobrazić sobie, by po tak dobrze strzeżonym obiekcie szwendali się jacyś poszukiwacze z literą "P" na ubraniach. Ale to był dopiero początek legendy o skarbach z Twierdzy Kłodzkiej. Był początek 1972 roku. Taką ogólną datę przyjęto w tej niezwykłej i tajemniczej sprawie, chociaż można wątpić, czy rzeczywiście do Ambasady PRL w Kopenhadze właśnie na początku stycznia tamtego roku podrzucono interesującą nas taśmę magnetofonową. A może, biorąc pod uwagę padające z taśmy żądanie, zdarzyło się to nieco wcześniej, na przykład w grudniu 1971 roku, albo - co najbardziej prawdopodobne - w ogóle taśmy nikt nigdzie nie podrzucał, bo mamy tu do czynienia z szytą grubymi nićmi intrygą wymyśloną w zaciszu jakiegoś gabinetu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych PRL.

Złoto i regalia koronne na ciężarówce

Na taśmie nagrano tekst, który odczytano w języku angielskim. Anonimowa osoba mówiła między innymi: "Z 23 na 24 listopada 1944 roku gubernator Hans Frank wysłał z Krakowa do Niemiec pięć ciężarówek ze zrabowanymi dziełami sztuki. Te ciężarówki jadąc pod silną eskortą Wehrmachtu lub SS, zatrzymały się na nocleg w jakiejś miejscowości oddalonej około 30 kilometrów od Żywca. Było to nieco dziwne miejsce na postój, gdyż w tamtym rejonie działała bardzo silna partyzantka polska.

Być może jednak miejsce postoju zostało celowo tak wybrane, dlatego, że w nocy doszło do napadu. Zginęło 22 żołnierzy z osłony konwoju. Jedna ciężarówka została uprowadzona. Pozostałe cztery samochody, bez przeszkód już, dotarły do Niemiec. Zawartość ich po wojnie została odnaleziona i zwrócona władzom polskim. Nie odnaleziono skradzionej ciężarówki, tej najcenniejszej, wiozącej złoto i regalia koronne" (cytat za: Arek Pawełek "Tajemnice twierdzy kłodzkiej", MAP-eksplorator, nr 1/96).

Reklama

Taśma z Kopenhagi

Wyjaśnijmy od razu, aby w tej wyjątkowo zawiłej sprawie nie zagubić się w labiryncie szczegółów, że w drugiej połowie listopada 1944 roku w rejonie Żywca ani Armia Krajowa, ani Bataliony Chłopskie, ani też lewicowe ugrupowania partyzanckie nie przeprowadziły akcji bojowej przedstawionej na taśmie magnetofonowej. Wspomniane zaś regalia koronne zostały przez hitlerowców wywiezione do Rzeszy znacznie wcześniej, chociaż w 1972 roku wiedza o ich losach nie była jeszcze pełna.

Władze PRL, nie bacząc na koszty, prowadziły poszukiwania tych - jak przypominał głos z taśmy - "mających dla Polski wielką narodową i historyczną wartość" skarbów, sprawdzając pojawiające się tu i ówdzie tropy, często naiwne. Dzisiaj już wiemy, że regalia koronne zostały bezpowrotnie stracone. Na długo przed listopadem 1944 roku Niemcy przetopili je na złoto, chcąc tym samym zniszczyć także symbole państwowości polskiej.

Głos z taśmy przedstawił też żądania: "My, międzynarodowa grupa biznesmenów, którzy oczywiście pragną zachować anonimowość, posiadamy informacje na sprzedaż, które z całą pewnością doprowadzą do odzyskania skarbów skradzionych z krakowskiego muzeum w 1944 roku. (...) Nasza cena za informacje wynosi 1.200.000 dolarów. Jeśli wasz rząd zdecyduje się przyjąć ofertę, proszę umieścić w sobotę i niedzielę 14 i 15 stycznia w duńskiej gazecie >POLITIKEN< w rubryce >Personlige< ogłoszenie o następującej treści: >Kochanie, bardzo mi ciebie brak, wróć<. Podpis. P". W 1972 roku czternasty dzień stycznia przypadł w piątek, a nie w sobotę, co bez trudu można sprawdzić na kalendarzu stuletnim XX wieku. Niemniej żądane ogłoszenie ukazało się, a w szwajcarskim banku na specjalnym koncie złożono żądaną sumę. Grubo ponad milion dolarów. A jednak nikt już nie odezwał się w tej sprawie. Bo nie o pieniądze w niej chodziło. W każdym razie nie o takie pieniądze.

Komnata ze skarbami

Górującą nad Kłodzkiem Twierdzę wybudowali w drugiej połowie osiemnastego stulecia Prusacy w miejscu starych umocnień obronnych Austriaków. A właściwie znacznie rozbudowali i unowocześnili starą twierdzę Habsburgów z końca XVII wieku. Po jej rozbrojeniu, urządzono w niej ciężkie więzienie wojskowe, gdzie przetrzymywano również osoby izolowane z przyczyn politycznych. Gdy II wojna światowa zbliżała się do końca, późnym latem 1944 roku do ówczesnego Glatzu z okupowanej Łodzi przeniesiono zakłady zbrojeniowe koncernu Aktion Elektrische Gesellschaft (AEG).

Ewakuowano je do Twierdzy Kłodzkiej wraz z około półtoratysięczną załogą polską. Młodzi Polacy szybko nawiązali kontakty z odbywającymi w Twierdzy długoletnie wyroki żołnierzami Wehrmachtu, od których dowiedzieli się, że przed kilkoma miesiącami przywieziono tu i ukryto w podziemiach wiele ciężkich skrzyń. Informatorzy sugerowali, że znajdowały się w nich jakieś bardzo cenne przedmioty. Czterech młodych Polaków - Adam Bieńkowski, Polikarp Goździk, Arkadiusz Jaśkiewicz i Leon Pawlicki - postanowiło sprawdzić, czy podziemia Twierdzy rzeczywiście kryją skarby. Szesnaście lat później Bieńkowski w "Roczniku Ziemi Kłodzkiej" (tom IV/V z 1959/1960) w artykule pod nieprawdziwym tytułem "Kłodzko w czasie okupacji" (Niemcy nie okupowali przecież własnego Glatzu!) opisał tę wyprawę.

Zastawy z saskiej porcelany

Oto jego fragment: "14 października (1944 roku - przyp. L.A.) punktualnie o godzinie 10 rano rozpoczęliśmy wędrówkę po podziemiach twierdzy. Po kilku minutach marszu gęsiego, w lochu o wysokości 160 cm, a szerokości około 70 cm, znaleźliśmy się w jakimś niewielkim przedsionku, z którego w różne strony rozchodziły się promieniście bliźniaczo do siebie podobne korytarze. (...) Loch biegnie wyraźnie w dół, jest w nim więcej wody i błota. Po kilku minutach natrafiamy na szerokie schody, które kończą się w dość rozległej komnacie o półokrągłych sklepieniach. Wchodzimy głębiej i... dębiejemy.

Pod ścianami stoją regały zapełnione najrozmaitszymi przedmiotami. Zastawy z saskiej porcelany stoją obok pięknie rzeźbionych pucharów. Obok leżą przetykane złotem szaty, suknie o fantastycznych wzorach, setki bezładnie rozrzuconych obrazów olejnych, różnego rodzaju manuskrypty i książki, a na środku sali spoczywa kilkadziesiąt najrozmaitszych pistoletów kurkowych i muszkietów z pięknie inkrustowanymi rękojeściami. Okazało się, że odkryliśmy miejsce, w którym hitlerowcy ukryli przed bombardowaniem najbardziej cenne eksponaty z muzeum kłodzkiego i wrocławskiego".

Krążące po wojnie pogłoski

Jak wynika z tzw. listy profesora Günthera Grundmanna, dolnośląskiego konserwatora zabytków, który od 1942 roku w małych miejscowościach organizował sieć magazynów ewakuowanych skarbów kultury, w Glatzu składnice urządzono w kaplicy gimnazjalnej, gdzie zdeponowano nakłady... podręczników szkolnych wrocławskiego wydawnictwa Hirt i na plebanii, dokąd trafiły zbiory Archiwum i Muzeum Archidiecezjalnego z Breslau (Wrocławia), które to zbiory zdeponowano wcześniej w klasztorze w Heinrichau (Henrykowie).

Artykuł pochodzi z kategorii: Militaria

Zobacz również

  • Apartheid, czyli biali zawsze górą

    - Już pod koniec lat 70. XX w. rząd południowoafrykański starał się znaleźć alternatywę dla apartheidu. Uznano, że tak dalej żyć się nie da. Bynajmniej nie dlatego, że uważano, iż... więcej

  • Oceń tekst

    Ocen: 9

Reklama

Twój komentarz może być pierwszy

Zaloguj się lub Załóż Konto Interia i korzystaj z dodatkowych opcji.

Piszesz jako Gość

Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.