Reklama

  •  

    Oblicza afgańskiej misji

- Właśnie zapinałem zamek śpiwora, gdy usłyszałem nad głową świst. A potem jak pierdyknęło... - opowiadał tuż po zdarzeniu Mirek, żołnierz, który przeżył atak moździerzowy na polską bazę w Sharanie.

Zdjęcie

Na patrolu.../fot. Adam Roik
Na patrolu.../fot. Adam Roik
- Pognałem do schronu, starając się liczyć kolejne wybuchy - kontynuował chorąży. - W sumie było ich ze dwadzieścia, niektóre naprawdę blisko. Dopiero po wszystkim okazało się, że dwa pociski spadły między naszą a amerykańską częścią obozu. Jakieś 150 metrów od najbardziej skrajnych namiotów. Gdyby trafiły w któryś z nich, byłaby rzeźnia...

Frustracja

Półtorej minuty po pierwszym wybuchu załoga polskiego moździerza była gotowa odpowiedzieć na ogień talibów. Jednak pociski, które spadły na obozowisko, nadleciały od strony miasta. Talibowie ustawili swoje moździerze - prawdopodobnie na naczepach pick-upów - między cywilnymi zabudowaniami. Polskie dowództwo nie zaryzykowało odpowiadania ogniem.

Reklama

- Amerykanie by strzelali... - nie krył frustracji jeden z żołnierzy. - Bo nasze milczenie tylko rozzuchwala talibów.

- Następnym razem też rozstawią się w mieście - dodał wojskowy. - Ale będą odrobinę mądrzejsi. Bo prędzej czy później dowiedzą się, gdzie konkretnie spadły pociski. Skorygują namiary i łatwiej się wstrzelą, fundując nam granat centralnie w namiot...

Jak na razie nic takiego się nie stało, ale to nie znaczy, że polscy żołnierze nie mają innych powodów do frustracji. Czasami wynikłej z bezsilności, jak wówczas, gdy pewien Afgańczyk przywiózł do polskiego lekarza, w drewnianej taczce, kilkuletnią, ledwie żywą dziewczynkę. Dziecko od wielu dni nie mogło się wypróżnić, potwornie cierpiało. Nawet w Polsce, w dobrym szpitalu, byłby kłopot, by je odratować.

Psychoza

"Afganistan to niebezpieczne miejsce" - to opinia, którą żołnierze dzielą się "na wejście" z każdym, kto przybywa do tego kraju. Jeśli dziennikarz chce im towarzyszyć, nie ma wyjścia - musi zakładać hełm i kuloodporną kamizelkę. Opukiwanie pleców i torsu - by sprawdzić, czy są na miejscu koszmarnie ciężkie wkłady balistyczne - może nawet wydawać się śmieszne. Ale reszta rytuału towarzyszącego wyjazdowi z bazy - nie.

Omawianie scenariuszy zachowania podczas ostrzału, zasadzki, ładowanie amunicji, odbezpieczanie i przestrzeliwanie broni - to wszystko, mimowolnie, wywołuje napięcie. A ono zawęża perspektywę. Dla żołnierzy istniejemy tylko MY - tu w hummerze, czy szerzej, w bazie - i ONI, tam na zewnątrz - tubylcy, lokalsi, szuszfole. Groźni w swojej masie, bo za ich plecami chronią się ci źli, czyhający na okazję, by znienacka wygarnąć z kałacha.

Ta psychoza jest jak epidemia - sam szybko jej uległem. Wystarczyło jednak zostawić wojsko, by wróciła odpowiednia percepcja. I świadomość, że Afganistan nie jest czarno-biały. To nie jest bezpieczny kraj - zbyt wielu zginęło w nim pracowników organizacji międzynarodowych, dziennikarzy czy właśnie żołnierzy. Są jednak miejsca - na przykład Kabul - których nie trzeba oglądać zza wizjera transportera. W których łatwo przekonać się, na czym polega gościnność Afgańczyków.

Artykuł pochodzi z kategorii: Militaria

Źródło informacji:

INTERIA.PL

Zobacz również

  • Oceń tekst

    Ocen: 379

Reklama

Wasze komentarze (149)

Dodaj komentarz

wybór wyborem..

~asia -

Całkowicie sie zgadzam z paromi osobami ,wy myślicie ze każdy jedzie bo kasa dobra ale niepomyślicie ze jak jakis żołnierz dostanie rozkaz wyjazdu to musi jechać bo inaczej sie pożegna z wojskiem a wiem na ten temat troche wiecej bo muj mąż pracuje jako żółnierz

...po co ten wyjazd?

~a -

hmm mozna to rozpatrywac w wielu aspektach..ja patrze na to z perspektywy kobiety kochajacej Gromowca..Nie chcialam zeby tam jechal,nie chcialam zeby tam walczyl,nie chcialam zeby sprawdzal jak daleko mozna przekroczyc granice niemozliwego,nie chcialam zeby zarabial kase(jak to ktorys tutaj z szanownych komentatorow napisal)chcialam zeby zostal tutaj ze mna...Nie udalo sie,nie uda po raz kolejny to ich "zawod"-jednoczesnie wielki zaszczyt,wielkie bohaterstwo w ciszy..Nie mialam na to wpływu..po prostu.A patrzac na zolnierzy ktorzy tam jada... radzilabym im zostac tutaj w kraju:z zonami,dzieciaczkami:),u siebie... Zadna kasa.nie warta!

Bazy,bazy,bazy..

~Patrykseal -

Kto siedzi w bazach oczywiście zaopatrzenie,logistyka,i dowództwo,prawdziwe pajace,,jak coś się dzieje to sra...w gacie,to realia polskiej misji.Nawet nosa nie wystawią z bazy.Harują tylko i wyłącznie chłopaki z bojówek.To oni są prawdziwymi bohaterami, a nie pajace w bazach,czy też saperzy gdyby nie opieka ze strony szturmowców ,to drugi świat czeka.Do wszystkich pacyfików,zielonych i innych przeciwnych misjom za granicami,bójcie się bo i po was mogą przyjść ludzie z pasami cnoty.

Mięczaki

~zawodowy -

Sami sie pchają na misje choć z góry wiadomo gdzie i po co jadą. Każdy m wybór tylko chęć zysku pcha tam OCHOTNIKÓW, gdyby nie to, to by nikogo nie zwerbowano i nie było by żadnych misji, bo i z kim?

misja pokojowa

~nasar 25 -

bylem w libanie mowili ze tam sa wakacie a co sie okazalo ze byla wojna gdzie baby spadaly 100m od jednostki i jak spadla na jednostke to kadra byla zasrana a teraz mam zamiar wrucic tam ale jeszcze nie wiem czy i gdzie.

Dodaj komentarz