Reklama

  •  

    Ćwiczymy zwycięstwo, a nie klęskę

Najpierw nad lasem pojawiły się CASY, a zaraz za nimi nadleciały Herculesy. Chwilę później na niebie zaroiło się od dziesiątek spadochronów. Z siedmiu samolotów wyskoczyło ponad pięciuset żołnierzy. Tak licznego desantowania w polskim wojsku nie pamiętają nawet najstarsi oficerowie.

Zdjęcie

Desant z samolotu CASA C-295 /Marcin Wójcik
Desant z samolotu CASA C-295
/Marcin Wójcik
Wojna między wyimaginowaną Wislandią, a równie zmyślonym sojuszem Barii i Mondy wybuchła na początku maja. Choć konflikt narodził się w głowach wojskowych strategów, to udział w niej wzięli najprawdziwsi żołnierze - spadochroniarze z 6. Brygady Powietrznodesantowej w Krakowie. I to w niespotykanej od ponad 20 lat liczbie 505 skoczków.

Niby wojna naprawdę

Oficerowie przygotowujący ćwiczenia pod kryptonimem PUMA 2011, które przeprowadzono w ubiegłym tygodniu na poligonie w Nowej Dębie, założyli, że dwa państwa zaatakowały Wislandię z pobudek polityczno-gospodarczych. Ta musiała bronić swojego terytorium.

Zdjęcie

Tuż po wylądowaniu /Marcin Wójcik
Tuż po wylądowaniu
/Marcin Wójcik

Jak nietrudno się domyśleć, Wislandia jest alter ego Polski, więc scenariusz obrony kraju przed agresorem idealnie wpisywał się w wojenne przeznaczenie spadochroniarzy z Krakowa.

Reklama

Wojskowi uznali, że konflikt z Barią i Mondą był na tyle poważny, że wymagał użycia znacznych sił. Zgodnie z scenariuszem ćwiczeń, zadanie opanowania skrzyżowania ważnych szlaków komunikacyjnych, utworzenie tzw. przyczółka desantowego i utrzymanie go aż do nadejścia głównych sił lądowych powierzono 16. Batalionowi Powietrznodesantowemu wchodzącego w skład 6. Brygady. Choć konflikt był wyssany z palca, to ćwiczenia były jak najbardziej realne.

Zdjęcie

Desant z samolotu C-130E Hercules /Marcin Wójcik
Desant z samolotu C-130E Hercules
/Marcin Wójcik

- Ćwiczenie batalionowe jest ćwiczeniem kulminacyjnym, które ma udowodnić zdolność jednostki do działania - wyjaśnia płk Tomasz Piekarski, zastępca dowódcy 6. Brygady Powietrznodesantowej. By to sprawdzić, z kliku samolotów należało zrzucić kilkuset spadochroniarzy oraz klika ton sprzętu.

Spadochroniarska awangarda

Desantowanie tak dużej liczby skoczków wymaga odpowiedniego przygotowania. - To nie jest tak, że wchodzimy na odpowiednią wysokość, wyrzucamy skoczków i oni sobie spadają - mówi mjr Krzysztof Dzido, pilot samolotu transportowego CASA C-295, z którego zazwyczaj desantowanych jest 30 spadochroniarzy. - Gdybyśmy mieli zrzutowisko jak poligon w Astrachaniu, to moglibyśmy latać jak chcemy, rzucać 90 skoczków i tak byśmy się zmieścili - dodaje mjr Dzido.

Zdjęcie

To ćwiczenia, więc spadochron należało zanieść do punktu zbiórki /Marcin Wójcik
To ćwiczenia, więc spadochron należało zanieść do punktu zbiórki
/Marcin Wójcik

W Polsce aż takich wielkich otwartych przestrzeni jak na południu Rosji nie ma, więc wybór miejsca zrzutu spadochroniarzy jest kluczowy. Tym zajmują się specjaliści - żołnierze z tzw. grupy awangardowej zabezpieczenia desantowania. Są oni przerzucani poza linię wroga przed zrzutem głównego desantu. Najczęściej towarzyszą im żołnierze z grup rozpoznawczych.

- Moim głównym zadaniem jest ocena zrzutowiska pod względem meteorologicznym oraz taktycznym. Sprawdzam, czy dany zrzut może dojść do skutku oraz czy w ogóle sensowne jest przyjmowanie w konkretnym miejscu jakiegokolwiek wojska w celu wykonaniu zadania - tłumaczy chor. Zbigniew Haczyk, dowódca pierwszej sekcji zabezpieczenia desantowania.

To właśnie on był bezpośrednio odpowiedzialny za przyjęcie desantu pół tysiąca spadochroniarzy. W czasie ćwiczeń zadanie miał nieco ułatwione, bo spadochroniarze dobrze znają zrzutowisko w Nowej Dębie. Gdyby jednak trwała prawdziwa wojna, miejsce do desantowania zostałoby wybrane na podstawie mapy. Wówczas chor. Haczyk musiałby w rzeczywistości sprawdzić, czy faktyczna ocena zrzutowiska pokrywa się z tym, co ustalono w sztabie. W przypadku, gdyby miał jakiekolwiek zastrzeżenia do zrzutowiska, desant zostałby przeniesiony na jedno z awaryjnych miejsc, również wskazanych na podstawie mapy podczas planowania operacji.

"Zrzut, zrzut, zrzut"

Siedmioosobowy oddział młodego chorążego, w skład którego wchodzi m.in. meteorolog, dostał się na teatr działań wojennych dzień przed zaplanowanym desantowaniem masowym. Spadochroniarze zostali przerzuceni razem ze zwiadowcami (mieli oni rozpoznać obiekty będące celem sił głównego desantu) dwoma samolotami CASA.

Zobacz, jak wygląda desantowanie pół tysiąca spadochroniarzy:

Po skoku z wysokości 4 tysięcy metrów żołnierze wylądowali na zrzutowisku odległym o kilka kilometrów od miejsca wybranego na przyjęcie 500 spadochroniarzy. Gdy tam dotarli, przez całą noc pilnowali, by przeciwnik, w rolę którego wcielili się ich koledzy z jednostki, nie uniemożliwił dokonania zrzutu.

Artykuł pochodzi z kategorii: Militaria

Źródło informacji:

INTERIA.PL

Zobacz również

  • Apartheid, czyli biali zawsze górą

    - Już pod koniec lat 70. XX w. rząd południowoafrykański starał się znaleźć alternatywę dla apartheidu. Uznano, że tak dalej żyć się nie da. Bynajmniej nie dlatego, że uważano, iż... więcej

  • Oceń tekst

    Ocen: 131

Reklama

Wasze komentarze (126)

Dodaj komentarz

~ja -

Pytanie jest inne do czego mają służyć wojska powietrzno desantowe. Bo aby w dzisiejszych czasach bezpiecznie wysadzić desant trzeba by do miejsca desantowania oczyścić na ziemi korytarz o szerokości minimum 150 km. czyli teren na którym nie znajdzie się ani jedna wyrzutnia rakietowa obrony plot. Trzeba także zapewnić wsparcie samolotów myśliwskich a tych u nas jak na lekarstwo. No a po wysadzeniu wielkiego desantu trzeba go zaopatrywać z powietrza. W dzisiejszych czasach małe grupy dywersyjne desantowane na zapleczu wroga jeszcze mają jakiś sens ale o wielkich desantach z użyciem wielkich samolotów lepiej zapomnijcie.

~duri -

grubo się mylisz kolego w 6BPD pododdziały rozpoznawcze skaczą z 4000tyś metrów na dłógą stabilizację otwierając spadochrony na około 1000-1300m albo na tak zwane przeloty spadochron otwierany jest za pomocą liny po 2s.

~walerka -

nie pytajcie się tych co nie wiedza.W 1966r. leciało nas do Erfurtu dużo więcej spytajcie się generała Rozłubirskiego jeżeli żyje jeżeli nie to cześć Mu ichwała.Pozdrawiam wszystkich chłopaków z 1328.

Dodaj komentarz