Przejdź do głównej części strony

Nawigacja

Górne menu

Jestem żołnierzem, nie żołnierką

O trudnym powrocie z wojny w Afganistanie do krajowej rzeczywistości. O urokach służby kobiet w armii. O tym, jak humanistka została spadochroniarzem i włożyła bordowy beret - z Katarzyną Szal rozmawia Marcin Ogdowski.

Po liceum myślałam o szkole oficerskiej, ale wmówiłam sobie, że nie mam szans - wspomina ppor. Szal
Po liceum myślałam o szkole oficerskiej, ale wmówiłam sobie, że nie mam szans - wspomina ppor. Szal

Moim rozmówcą jest podporucznik Katarzyna Szal...

- ...dowódca 1. plutonu, 2. kompanii szturmowej 16. Batalionu Powietrznodesantowego w Krakowie.

Wojskowe ID?

- Kryptonim "Alfa", a jeśli chodzi o numer... Mhmmm, one są długie i nikt ich na co dzień nie pamięta (śmiech).

Więcej na ten temat

  • Była wiosna 2004 r. Śmigłowiec Polskiego Kontyngentu Wojskowego wracał właśnie z patrolu nad iracko-irańską granicą. Zmęczony desant przysypiał w luku transportowym, gdy nagle grad kul uderzył w stalowy kadłub maszyny... więcej »

BO NA MISJE JEŹDZIĆ TRZEBA

Kilkanaście tygodni temu wróciłaś z Afganistanu - odnalazłaś się już w nowych warunkach?

- Mniej więcej od miesiąca czuję się w pełni zaaklimatyzowana do normalnego życia.

Do czego sprowadza się największa różnica?

- Charakter zadań i poczucie zagrożenia - to sprawy oczywiste. Myślę jednak, że największą różnicę stanowi misyjna proza życia i konieczność przekierowania swojego myślenia. W Afganistanie odpada ci wiele spraw, którymi żyjesz w kraju. Tam skupiasz się tylko na pracy. Masz swoje obowiązki i starasz się je robić jak najlepiej. Nie martwisz się o miejsce do spania, jedzenie, rachunki itp.

Czyli wcale nie odetchnęłaś z ulgą po powrocie do domu?

- No właśnie nie (śmiech). Ostrzegano mnie, że będę tęsknić za Afganistanem, za misją. Oczywiście cieszę się, że jestem już wśród najbliższych i przyjaciół. Ale brakuje mi trochę tej adrenaliny, która tam była chlebem powszednim.

Czyżbyś się teraz nudziła?

- Co to, to nie! Na szczęście mam pracę, która zaspokaja moje potrzeby, nawet te bardziej ekstremalne (śmiech).

No właśnie, jak to się stało, że znalazłaś się w armii?

- Bo byłam delikatna i chciałam być babochłopem (śmiech). A tak na serio - zawsze podobało mi się wojsko. Jako dziecko sporo czasu spędziłam w tym środowisku, bo moja mama pracowała w kasynie wojskowym. Po liceum myślałam o szkole oficerskiej, ale jako zdeklarowana humanistka wmówiłam sobie, że nie mam szans. I poszłam na studia cywilne.

Skończyłaś politologię, pedagogikę i...?

- ... i wtedy pojawiła się szansa w postaci rocznego studium oficerskiego dla absolwentów cywilnych uczelni. Trafiłam do szkoły we Wrocławiu, a po roku do 6. Brygady Powietrznodesantowej, popularnych Czerwonych Beretów, w których służę już prawie trzy lata.

Co na to wszystko rodzice?

- Są przyzwyczajeni do moich, czasem dziwnych, życiowych wyborów. Na początku była konsternacja. Martwili się, pewnie cały czas się martwią, ale zawsze mnie wspierali. I za to ich kocham. Dla taty to był szok, chyba bardziej mentalny. Jego ukochana córeczka idzie do wojska, które on przecież pamięta z czasów 24-miesięcznej służby zasadniczej...

Kto twój wybór akceptował najwolniej?

- Babcia. Ona najbardziej przeżywała, w końcu przeżyła drugą wojnę i widziała, jak działało wojsko. "No jak to, kobieta w wojsku, w mundurze!?" - dziwiła się. I ciągle powtarzała: "To ty jeździsz na poligony? Przecież tam jest zimno, brudno, mokro. Nie lepiej siedzieć w biurze? Poszukaj sobie spokojnej pracy". Ale w końcu i jej przeszło - od mojego powrotu z misji nie wraca już do tematu.

Skoro o misji mowa - podjęłaś decyzję sama, czy był to wyjazd z przydziału?

- Nie wyobrażam sobie, aby żołnierz nie jeździł na misje, zwłaszcza w takich czasach. To jedna sprawa. Druga - bardzo chciałam pojechać. I ze względów zawodowych i z czystej ciekawości - zobaczyć, jak naprawdę wygląda ten Afganistan. Początkowo myślałam, że pojadę jako dowódca mojego etatowego plutonu. Ale później okazało się, że kobiety nie mogą jechać na stanowiska bojowe...

Więcej na ten temat

PŁACZ I ZŁAMANY PAZNOKIEĆ

I tak trafiłaś do sekcji prasowej kontyngentu. Uważasz, że te restrykcje wobec kobiet-dowódców mają sens?

- Moim zdaniem, płeć nie powinna mieć znaczenia. Przecież nikt mnie z poligonu czy z wykonania skoku nie zwolni, bo jestem kobietą i mam dziś niedyspozycję fizyczną. A już ogromnym nadużyciem jest argument, którym posłużył się jeden z podoficerów - że w razie zagrożenia, kobieta by się rozpłakała. To jakiś absurd! Ten pan ma u mnie dłuuugą kreskę. My, kobiety w wojsku, nie płaczemy, jak nam się paznokieć złamie. Też potrafimy sobie świetnie radzić w różnych warunkach. Bo to zależy nie od płci, ale od osobistych dyspozycji i umiejętności.

Co jest twoim atutem, jako kobiety w armii, a co wadą?

- Wadą - siła. To, że nie mam jej tyle, co mężczyźni. A zaletą? Jako kobiecie łatwej mi rozładować emocje. Acha, jeszcze o minusach - jestem w mniejszości, wystaje mi kitka spod beretu, no i wszyscy wiedzą, że ja, to ja. Dziewczyna w jednostce nie może być anonimowa.

Ty i twoje koleżanki tak naprawdę jesteście obiektami społecznego eksperymentu. Nie czujesz z tego powodu presji? Bo przecież albo się uda - i za ileś tam lat w armii będzie kilkadziesiąt tysięcy pań, albo nie - i przyjmowania kobiet będzie się unikać jak ognia.

- Jest to jakieś obciążenie, ale przecież nie mogę brać odpowiedzialności za wszystkie kobiety w wojsku. Ja i moje koleżanki staramy się postępować tak, by oceniano nas za to, co robimy i jak robimy, a nie za to, że jesteśmy kobietami. Fajnie by było, żeby wszyscy patrzyli na nas, jak na normalnych żołnierzy. Bo takie przecież jesteśmy.

Interesujesz się wojną w Afganistanie? Tym, co robią tam polscy żołnierze? Koniecznie zajrzyj na bloga reportera INTERIA.PL, Marcina Ogdowskiego - "Z Afganistanu.pl"!

ródło informacji: INTERIA.PL

Więcej o:
żołnierze,
polscy żołnierze,
Kraków,
mąż,
wojsko,
śmiech

Dodatki

 


Informacje dodatkowe