Kurs SERE. Survival po wojskowemu

Symulacja warunków utraty znacznej ilości krwi jest jednym z najważniejszych elementów szkolenia. Krwawienie można zatamować np. tamponem czy chustą /Dorota Credo /INTERIA.PL

Kursy survivalowe zdobywają coraz większą popularność. Bushmen przygotowuje szkolenia, którym daleko od zwykłych wyjazdów survivalowych. Kursy SERE przygotowują do najcięższych warunków życia w głuszy.

Reklama

Scenariusz kursu był prosty: grupa dziennikarzy znalazła się w strefie działań wojennych, poza linią wrogich oddziałów. Przeciwnik za wszelką cenę próbuje pojmać ludzi, za których może zażądać okupu. Dziennikarze są łakomym kąskiem. Podobnie jak inżynierowie budowlani, geodeci, lekarze, czy inni zatrudnieni w najniebezpieczniejszych regionach świata. Nasze zadanie w teorii jest proste: mamy nie dać się złapać i przeżyć w lesie.

Firma Bushmen, produkująca sprzęt survivalowy i specjalistyczne wyposażenie dla wojska, zaprosiła grupę dziennikarzy na kurs SERE, który prowadzili żołnierze z 9. Warmińskiego Pułku Rozpoznawczego. SERE to skrót oznaczający: Survival - przetrwanie, Evasion - unikanie, Resistance - opór w niewoli oraz Escape - ucieczkę. Jeden z najtrudniejszych na świecie kursów tego typu odbywa się w Stanach Zjednoczonych, w bazie Fairchild w stanie Waszyngton. Tam trafiają tylko najtwardsi.

Reklama

Nasza 10-osobowa grupa miała łatwiej, niż zwiadowcy Wojska Polskiego, którzy znaczną część miesiąca muszą spędzić na ćwiczeniach w lesie. My mieliśmy przeżyć na niewielkiej wyspie jedynie przez dwie i pół doby.

Woda droższa od złota

Wyspa ma nieco ponad kilometr długości. W najszerszym miejscu mierzy około 200 metrów. Tyle samo dzieli ją od najbliższego, wysokiego wiślanego brzegu. Z daleka nie różni się od innych wiślanych wysepek rozrzuconych w pobliżu Wyszogrodu: jest porośnięta gęstym lasem, wysokimi trawami, niewielkimi krzaczkami.

Widzieliśmy ją z oddali, z pokładu łodzi, na której organizatorzy przybliżali scenariusz i rozdawali wyposażenie: nóż, apteczkę, krzesiwo, tarpa i półlitrową butelkę wody. Po dobiciu do brzegu zarzuciliśmy plecaki na grzbiet, zostaliśmy podzieleni na dwa zespoły: Alfa oraz Bravo i ruszyliśmy szukać miejsca na obozowisko.

Ci bardziej doświadczeni zaczęli zbierać po drodze materiały, które mogły się przydać w dalszej egzystencji: puste, stare plastikowe butelki, czy kije. Wszyscy szli w ciszy. Nagle gdzieś za drzewami podniósł się rwetes. Słychać było krzyki, rwane słowa. Przykucnęliśmy, chowając się za wysoką trawą, pokrzywami i niewielkimi krzakami. Była to jedyna osłona w okolicy. Ściana lasu znajdowała się około 20-30 metrów od nas.

Wkrótce okazało się, że drugi zespół został przechwycony przez naszych instruktorów. My ruszyliśmy dalej, wąską ścieżką wydeptaną przez łosia. W błotnistej glebie wyraźnie było widać jego ślady. Weszliśmy w gęsty las, aby ukryć się przed instruktorami. Wkrótce jednak również padliśmy łupem "przeciwnika". Zaczęła się prawdziwa szkoła życia. Zwłaszcza, że wielu skończyła się już woda. Jak się okazało pół litra szybko się kończy...

Wojna z komarami

Z Katarzyną trzymaliśmy się razem, choć byliśmy w różnych zespołach. Nauczeni doświadczeniem z wyjazdów w strefy działań wojennych, zabraliśmy ze sobą tabletki uzdatniające wodę, suszone mięso, batony energetyczne. W pierwszym napotkanym zbiorniku wodnym nabraliśmy wody, dorzuciliśmy tabletkę, pół godziny później mieliśmy dodatkowy litr płynu.

PRZECZYTAJ WIĘCEJ: GÓRSKI KARABACH. KRAINA ŻYJĄCA WOJNĄ

Zjedliśmy kawałek suszonego kurczaka i ruszyliśmy dalej. Jedyne z czym nie możemy sobie poradzić to hordy komarów, na które nie ma żadnego lekarstwa. Gryzą, bzyczą i za nic nie dają się odgonić.

Do końca pierwszego dnia kursu przeprawiamy się przez jeden z kanałów Wisły, wrzynających się głęboko w wyspę, zorganizowaliśmy obozowisko i wystawiliśmy czujki. Instruktorzy uczą rozpalać kilka rodzajów ognisk, przygotowywać jedzenie, a przede wszystkim zdobywać wodę. Już do końca kursu wszyscy będą pić wodę z Wisły. Testowaliśmy najnowsze systemy filtrowania wody, a także oczyszczaliśmy wodę "tradycyjnymi" metodami. Instruktorzy zadbali przy tym o bojową atmosferę i taktyczną dyscyplinę.

Ratownictwo medyczne

Następnego dnia od rana kursanci uczyli się podstaw ratownictwa pola walki. W tej części kursu nasza dwójka z Krakowa pomagała instruktorom. Oboje kończyliśmy kurs TCCC, szkoleniowcy postanowili więc włączyć nas do zespołu szkoleniowego.

Na kursie SERE żołnierze uczą się również procedur medycznych, dzięki którym mogą uratować życie własne, lub kolegi. Jest to ważny element szkolenia, do którego przywiązuje się dużą wagę.

PRZECZYTAJ WIĘCEJ O RATOWNICTWIE POLA WALKI

Podczas szkolenia wymienialiśmy się ze zwiadowcami doświadczeniami, pokazywaliśmy triki i metody wypracowane w różnych sytuacjach. Pokazywaliśmy kursantom metody tamowania krwotoków przy pomocy stazy taktycznej, arafatki, tampona czy paska. Tłumaczyliśmy do czego można wykorzystać w ratownictwie prezerwatywę lub klej cyjanoakrylowy. W sytuacji zagrożenia życia wiele zaskakujących rzeczy może okazać się bardzo przydatnych. Tampon można wykorzystać nie tylko jako rozpałkę, ale także włożyć w ranę, żeby zatamować masywne krwawienie. Podobnie zadziała arafatka, czy jakakolwiek inna chusta.

Ochotnicy mieli okazję spróbować założyć sobie stazę taktyczną w warunkach symulujących stres wywołany masywnym krwotokiem. Na głowę "rannego" zakłada się worek lub reklamówkę i zaciska, odcinając dopływ tlenu. Kursant jest odcięty od tlenu, światła, a nad głową dwóch instruktorów krzyczy, powiększając stres. "Ranny" ma około 10 sekund, aby założyć sobie stazę lub w inny sposób zatamować krwawienie. Nie jest to proste zadanie...

Ostatnim akcentem szkolenia ratowniczego była ewakuacja rannych w sytuacji zagrożenia.

Rybka albo MRE

Podczas szkolenia SERE kursanci uczyli się także zdobywania pożywienia: łowienia ryb, polowania i zbierania jadalnych roślin. Polscy zwiadowcy korzystają także z gotowych racji żywnościowych, określanych często zbiorowym akronimem MRE, czyli Meal Ready to Eat.

W naszym przypadku testowaliśmy racje żywnościowe firm Aidpol i LYO, które dostarczają je do kilkunastu armii świata. Po całym dniu walki z komarami i posilaniu się jedynie suszonym mięsem, schab w zielonym pieprzu z ziemniakami i fasolką szparagową smakuje wyśmienicie. Obie firmy produkują kilkadziesiąt smaków: od kurczaka curry przez różne rodzaje wołowiny, aż po dania halal przeznaczone na rynek bliskowschodni.

Po dwóch dniach zostaliśmy ewakuowani z wyspy. Kurs SERE zakończył się szczęśliwie. Bushmen przy współpracy ze zwiadowcami z 9. Warmińskiego Pułku Rozpoznawczego organizuje na wyszogrodzkiej wyspie tego typu szkolenia dla każdego chętnego. Nasz kurs był nieco okrojony i zrobiony w wersji pokazowej. Kursy, w których braliśmy udział z Katarzyną przed wyjazdem w strefę działań wojennych były znacznie trudniejsze i bardziej wymagające.

I tak też wyglądają kursy organizowane przez Bushmena na co dzień. Zwłaszcza dla osób, które wyjeżdżają w niebezpieczne rejony świata. Udział w nich mogą także wziąć wszyscy chętni, którzy chcą nauczyć się poruszania i przeżycia w najtrudniejszych warunkach. Instruktorzy gwarantują niezwykłe emocje.

Dowiedz się więcej na temat: Sławek Zagórski | SERE | Wojsko Polskie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje