Sariel - Polak, który żyje z Lego

Filmy tego Polaka oglądają setki tysięcy osób na całym świecie. Paweł "Sariel" Kmieć jest wielkim fanem klocków Lego i z zabawy nimi uczynił sposób na życie.

Michał Ostasz, FACET interia: Jak czuje się AFOL (Adult Fan of Lego - dorosły fan Lego - dop. red.) w Polsce? Mówiąc innym o swoim hobby jesteś traktowany jak dziwak lub chłopiec, który nigdy nie dorósł?

Reklama

Paweł "Sariel" Kmieć: - O dziwo, nie. Czasem mam wręcz wrażenie, że to hobby bardziej bawi mnie niż ludzi z zewnątrz. Wiesz, tworzę rzeczy typu statek kosmiczny chodzący na nogach. Żartuję, że moje mieszkanie wygląda jak pokój 10-latka, podczas gdy ludzie, którym bliżej do normalności, są zawsze pod dużym wrażeniem strony - nazwijmy to - inżynieryjnej całego przedsięwzięcia.

- Zdarza mi się że filmuję coś w parku i podchodzą do mnie całe rodziny. Tatusiowie są najbardziej zainteresowani, zadają całkiem poważne pytania konstrukcyjne. Właścicielka mieszkania, które wynajmuję, jest inżynierem i zachwyca się tym, co robię, do tego stopnia, że wręcz chwali się jakiego ma lokatora (śmiech).

Czy pasja do Lego to coś, co zostało ci z dzieciństwa, czy też zamiłowanie do klocków odkryłeś dopiero jako dorosły facet?

- Zdecydowanie jest to dla mnie powrót do dzieciństwa. Miałem to szczęście, że mój tata przez kilka lat pracował w Niemczech i już na początku lat 90., czyli w dość trudnych czasach, mogłem czasem dostać jakiś mały zestaw. Wydaje mi się, że pierwszy otrzymałem w wieku ośmiu lat. To był maleńki samochód ze strażakiem, dosłownie garść klocków. Pamiętam, że klocki trochę pogryzłem, a u strażaka ogromnie fascynował mnie mundur i kask (śmiech)...

- Natomiast dalszy ciąg wyglądał tak jak u standardowego AFOLa. W okresie dorastania klocki przegrały z hormonami i wylądowały na strychu, bo czułem się zbyt dorosły na taką dziecinadę. Dopiero na studiach przypomniałem sobie, że te klocki wciąż tam są. Odkryłem też wtedy, że zestawy, o których w dzieciństwie mogłem tylko marzyć, mogę teraz dość tanio dostać z drugiej ręki. Potem było już z górki.

A kiedy wziąłeś się za własne konstrukcje? Jak rozumiem, na początku było to klasyczne zbieractwo...

- Nie, dla mnie własne konstrukcje były nieodłącznym elementem zabawy z Lego od zawsze. Nawet kiedy jako mały chłopiec miałem kilka małych zestawów, wymyślałem z nich najróżniejsze rzeczy. Chyba wręcz ta mała ilość budulca pobudzała moją wyobraźnię. Bardzo fascynowały mnie pierwsze zestawy Technic, pierwsze koła zębate, obserwowanie, co się dzieje kiedy połączę je na różne sposoby. I przede wszystkim wyobraźnia - pamiętam jak zbudowałem coś, co było zwykłą płaską płytką przesuwaną do przodu i tyłu za pomocą dźwigni, ale w mojej głowie był to pas transmisyjny w fabryce! (śmiech)

Jak bardzo może być skomplikowana "inżynieria Lego"? Czy obowiązują w niej takie same prawidła jak w realu?

- Wydaje mi się, że w kwestii poziomu skomplikowania ciągle przesuwamy granicę tego co można stworzyć - to zarówno my, fani, jak i sama firma Lego. Sam mam na koncie model ciężarówki, w którym było 17 silników i prawie 19 metrów kabli. Z drugiej strony Lego szykuje w tym roku zestaw Technic 42055, który składa się z niemal 4000 części. Takie zestawy były nie do pomyślenia za czasów mojego dzieciństwa. Jeszcze 15 lat temu za szczyt możliwości uchodził zestaw, gdzie tych części było niespełna półtora tysiąca.

- Widziałem już precyzyjne zegary z Lego, automatyczne krosna tkackie czy zamki szyfrowe. Sądzę, że tą ostateczną barierą wciąż pozostaje wyobraźnia budującego. Natomiast prawidła, które obowiązują, są jak najbardziej realistyczne. Widać to choćby wtedy, kiedy buduje się pojazdy terenowe - ich konstrukcja jest bardzo zbliżona do prawdziwych terenówek, a ich osiągi podlegają tym samym ograniczeniom.


- Sam zacząłem właśnie budować model Land Rovera Defendera i muszę w nim stosować blokady dyferencjałów, żeby radził sobie w terenie, tak jak w prawdziwej terenówce. Użyłem też zwolnic, żeby duże koła nie ukręciły półosi - każdy offroadowiec będzie wiedział, o co chodzi.

- Są też ograniczenia materiału. Budujemy z plastikowych klocków łączonych na wcisk i napędzamy to silniczkami, które mają być bezpieczne dla kilkulatków, a nie wydajne. Nie ma śrub, nie stosujemy kleju. Stąd osiągi nawet najlepiej zaprojektowanych modeli pozostają w tyle do tego, co widzimy w świecie "prawdziwych" modeli RC (sterowanych radiowo - dop. red.).

To naprawdę imponujące! Z jakiej własnej konstrukcji jesteś najbardziej dumny?

- Jest kilka takich konstrukcji, chociaż dla mnie istotą tego hobby jest proces uczenia się, poprawiania z modelu na model. Wiem, że jeśli dziś jakiś model bardzo mi się uda, to i tak za rok, za dwa, będę w stanie zrobić coś lepszego. Na wzmiankę zasługuje model czołgu Tygrys, który był na tyle funkcjonalny i szczegółowy, że chwalił go między innymi Richard Cutland, znany jako "The Challenger" - brytyjski spec od historii wojskowości i wieloletni czołgista. Jeśli człowiek, który siedział w prawdziwym Tygrysie chwali twój model z klocków, to chyba się udało! (śmiech).

- Cieszyłem się też, kiedy w zeszłym roku udało mi się po miesiącach pracy skończyć motocykl z filmu anime "Akira". Był tak mały, że mieściły się w nim tylko silniki. Zasilany był z zewnątrz, a mimo to pełen detali, z charakterystycznymi nalepkami włącznie. Mam też na koncie również w pełni zdalnie sterowany model Tumblera, czyli Batmobilu z filmu "Batman początek". Zdaniem wielu osób przewyższa oficjalnego Tumblera Lego (zestaw 76023), który jest piękny i szczegółowy, ale nawet nie skręca. Na ogół wydaje mi się jednak, że widzę więcej rzeczy do poprawienia w tych modelach niż moi widzowie, więc bardziej się skupiam na tym, co mam na warsztacie, niż tym co już powstało. Wiem, że nigdy pewnie nie zbuduję modelu idealnego, ale mam frajdę z próbowania. Na tym chyba powinno polegać hobby.

A kiedy budowanie dla samego siebie przestało ci wystarczać i postanowiłeś wystartować z kanałem na YT?

- Z początku konto na YouTube założyłem, żeby móc sobie układać playlisty ulubionych piosenek. Nigdy nie planowałem "wystartować" z kanałem i nie było takiego momentu, w którym zdecydowałem: "To teraz spróbuję zostać gwiazdą", czy coś w tym guście. Pamiętam, że pierwszy film jaki wrzuciłem, to było dosłownie kilkanaście sekund wideo kręconego komórką z ręki, a powstał na żądanie. Napisałem wtedy w internecie o jakimś swoim wczesnym modelu, że jeździ z taką a taką prędkością. Ktoś nie chciał w to uwierzyć i poprosił o film.

- Od tego się zaczęło i takie były moje pierwsze filmy. Pokazywałem na przykład, że dźwig z Lego faktycznie podniesie określony ciężar, albo że ciężarówka pociągnie po podłodze 10 kilogramów. Nie umiem powiedzieć kiedy to się przerodziło w coś poważnego. Po prostu kręcił mnie montaż filmów i starałem się tym bawić, doskonalić się, robić takie filmy, jakie sam chciałbym oglądać. Nigdy nie było w tym wielkich ambicji. Pamiętam, że nawet do nagrywania w jakości wyższej niż 360p namówili mnie widzowie. Przekonali mnie, że warto zainwestować w lepszy sprzęt. Dziś mam pewne schematy filmowania. Orientuję się, co lubią moi widzowie, ale to wszystko jest skutkiem długiego, naturalnego procesu, a nie jakiegoś planu.

- W listopadzie ubiegłego roku dołączyłem do sieci youtuberów Epic Makers. Wcześniej byłem kilka lat w amerykańskim MCNie (sieci partnerskiej zrzeszającej twórców wideo). Przeszedłem do Epic Makers, ponieważ zależy mi na tym, aby dotrzeć do większej liczby widzów w Polsce. Wiesz, męczyła mnie sytuacja, kiedy miałem widzów z Polski, którzy nawet nie wiedzieli, że jestem Polakiem.

O ile się nie mylę, swoje filmy tworzysz tylko w języku angielskim. Oglądają cię głównie osoby z zagranicy. Czy widzów z Polski jest równie dużo?

- Tak, kiedy w moich filmach zaczął pojawiać się jakiś tekst, przyjąłem założenie, że powinien być zrozumiały dla wszystkich. O ile pamiętam, była to konsekwencja tego konkretnego hobby - społeczność fanów Lego jest międzynarodowa i zwyczajnie nie chciałem, żeby moje modele były opisane w sposób zrozumiały wyłącznie dla Polaków.

- Od wielu lat oglądają mnie głównie Amerykanie, Niemcy, Francuzi, ostatnio też coraz więcej Rosjan. Polska jest od zawsze w top 10. Czasem Polaków mocno przybywa, kiedy coś mojego pojawi się w mediach czy na przykład po "Wjeździe na chatę" Jacka Gadowskiego, ale średnio widownia z Polski nie przekracza 5-6 procent. Często spotykam się z zarzutem, że powinienem nagrywać po polsku, ale wydaje mi się to trudne do zrealizowania. Musiałbym tworzyć kilka wersji językowych wszystkiego, albo kilka wersji napisów, a przecież i tak większość rodaków bardzo dobrze zna angielski.

- Mówimy więc o masie dodatkowej pracy, o komplikowaniu wielu rzeczy dla procenta czy dwóch oglądających. Zresztą wychodzę z założenia, że jeśli kogoś moje filmy zmobilizują do nauki angielskiego, to tylko na tym skorzysta. Polacy na co dzień posługują się językiem, który ma 22 formy słowa "dwa", więc czego bać się w angielskim?

Działasz nie tylko na YouTube, gdyż jesteś też autorem książki o konstruowaniu z Lego, którą przetłumaczono na kilka języków. Jak wyglądają twoje relacje z duńskim producentem klocków? Jesteście stałymi współpracownikami?

- Nawet dwóch książek! Moje relacje z Lego dopiero od niedawna zaczęły się formalizować. Przez lata polegały raczej na tym, że ja lubię ich produkty, a oni to, co z nimi robię. Lego w relacjach z fanami rozróżnia tak zwane LUGi, czyli Lego User Groups z różnych rejonów świata. Są to na ogół formalne stowarzyszenia liczące po kilkudziesięciu czy kilkuset członków. W Polsce dwa największe to LUGPol i Zbudujmy.to.

- Od zeszłego roku Lego przyjęło taki twór jak online LUG, czyli grupa osób które nie są formalnie zrzeszone, a skupiają się wokół danego bloga czy kanału na YouTube. Taki twór działa na troszeczkę innych zasadach i ja zostałem właśnie jednym z nich. Wiążą się z tym pewne korzyści, na przykład zestawy do recenzji, ale to marketingowcy Lego decydują jakie i kiedy. Poza tym mamy też obowiązki, jak udzielanie się w tematach, które Lego chce z nami omówić i w grupach roboczych studiujących zagadnienia typu "Jak drukowanie w 3D może wpłynąć na świat Lego?".

Drukowanie 3D. Sądzisz, że ta technologia jest zagrożeniem, czy też wielką szansą dla Lego?

- Raczej szansą. Lego intensywnie z tej technologii korzysta przy tworzeniu prototypów części, natomiast ceny druku 3D i trudność w dopasowaniu elementów drukowanych do klocków są zbyt wysokie, żeby ktoś zaczął wytwarzać własne elementy na masową skalę. Wiem, bo sam współpracuję z kilkoma projektantami, wymyślamy różne elementy, które potem drukuję przez serwis Shapeways. Wydrukowanie czegoś większego kosztuje majątek, a drukowane części są chropowate, dość kruche i szybko się ścierają.

- Dla przykładu: jeden z moich modeli jeździł na specjalnie wydrukowanych kołach do driftu. Tempo ich ścierania było takie, że starczyłyby może na kilkanaście godzin jazdy.

Jak wygląda recenzowanie zestawu Lego? Brzmi to jak wymarzona robota...

- Tak naprawdę to nie mam jakichś narzuconych wymagań poza dwoma: Lego prosi o umieszczenie informacji, że zestaw został podarowany do recenzji i że recenzja jest prywatną opinią recenzenta. Chodzi o uchronienie się przed zarzutami o pokątne sponsorowanie recenzji. Drugi to odesłanie raportu - ja wysyłam do Lego podsumowanie ile wyświetleń i komentarzy ma dane wideo po dobie, po tygodniu i po miesiącu. Wiem, że marketingowcy trawią potem te dane. Wiem też, że Lego używa naszych recenzji wewnętrznie, to znaczy przechowuje ich kopie w firmowych archiwum, ale też pokazuje na prezentacjach na zasadzie: "Jak fani widzą nasz zestaw X". Mi osobiście zdarzyło się też, że recenzję oglądał projektant danego zestawu i dziękował za odzew.

- Jest też oczywiście określona data, od której możemy pokazywać recenzje, bo dostajemy je nieco wcześniej niż trafiają na rynek - z reguły około 2 miesięcy. Dla mnie jest to z jednej strony frajda, bo mogę dostać coś za darmo. Z drugiej strony bywa, że staję przed koniecznością złożenia 10 zestawów w 3 tygodnie, nie mówiąc o tym, że mój sposób recenzowania jest bardzo pracochłonny. Powiedziałbym, że średniej wielkości zestaw to około 12 godzin filmowania i montażu, plus czas poświęcony na składanie, który przy największych modelach potrafi dochodzić do 7 godzin. Są oczywiście recenzenci, którzy po prostu stają przed kamerą z danym zestawem i mówią, jak im się podoba. Nie ma w tym nic złego, natomiast mi zależy, żeby w miarę możliwości zostawić widza samego z zestawem, nie być pośrednikiem, który mówi do kamery, że podoba mu się to i to.

- Wyliczam oczywiście, co mi się w zestawie podoba, a co nie, ale staram się filmować wszystko z perspektywy pierwszej osoby. Wydaje mi się, że to się sprawdza. Wiele osób mówi mi, że czeka z decyzją o zakupie na moją ocenę. Zdarza się też, że widzowie chcą żebym zrecenzował coś, co oceniło już wielu innych recenzentów, bo ja zrobię to po mojemu. Jeden widz napisał mi kiedyś, że oglądając moje recenzje czuje się jakby miał te zestawy w rękach. Do tego właśnie dążę. Miło jest też w dniu publikacji recenzji czytać, że ktoś wziął wolne specjalnie żeby siedzieć i oglądać, albo widzieć zdjęcia czyjegoś biurka, gdzie na jednym ekranie jest praca, a na drugim leci moja recenzja. (śmiech)

- Przez kilka lat recenzowania zestawów wyrobiłem sobie pewien standard, który wciąż jednak próbuję rozwijać. Staram się przewidzieć kto i po co ogląda moje recenzje i zawrzeć informacje, które dla takiej osoby będą istotne - stąd na przykład oceniam, na ile dany zestaw jest bezpieczny albo nadający się do zabawy dla małych dzieci, gdyż wielu oglądających to rodzice szukający prezentu. Od niedawna oceniam też, na ile dany zestaw jest wierny prawdziwym maszynom czy pojazdom. To dlatego że w linii Technic zaczęto stawiać na realizm i firma Lego wręcz reklamuje się tym, że jej zestawy powstają na wzór czegoś konkretnego, jak chociażby zestawy na licencji Mercedes-Benz, takie jak 42043.

- W tym roku wyjdzie też zestaw na licencji Porsche, 42056. A jeśli chwalą się czymś takim, to czemu tego nie zweryfikować? Generalnie mam kilka kategorii, które wpływają na finalną ocenę zestawu, od wyglądu po to, jak dobrym jest "dawcą części". Czasem przeciętnie wyglądający zestaw potrafi być nafaszerowany rzadkimi albo nowymi elementami. Oceniam też np. bawialność danego zestawu, staram się patrzeć na nią z perspektywy dziecka, jak i doświadczenie jakie można nabyć podczas jego budowy - niektóre zestawy potrafią nauczyć bardzo ciekawych technik konstruowania.

- Mimo wszystko, uważam, że jest to sporo pracy i duża odpowiedzialność. Czasem zestaw bardzo mi się nie podoba i martwię się, czy oceniam go sprawiedliwie. Zauważyłem, że wiele osób zwraca dużą uwagę na fakt, że dostaję coś za darmo. Dostaję mnóstwo pytań o to, co zrobić, żeby dostawać darmowe zestawy. Bądźmy realistami - nie dostaję klocków na piękne oczy, tylko w skutek wielu lat pracy włożonych w mój kanał. No i dostanie za darmo klocków wartych kilkaset euro rocznie jest bardzo miłe, ale w tym czasie prawdziwe gwiazdy YouTube zgarniają w gotówce wartość dobrej klasy samochodu za firmowanie sobą jakiegoś produktu.

Czy masz jakąś wymarzoną licencję lub też pojazd, który chciałbyś zobaczyć w wersji Lego?

- Jest całe mnóstwo pojazdów, których Lego nigdy nie wyda w zestawach, bo to tematyka militarna. Marzy mi się duży, szczegółowy model myśliwca P-51 Mustang, ale z racji polityki firmy nigdy on nie powstanie. Co innego, gdyby był to pojazd ze świata Gwiezdnych Wojen - tu nie ma ograniczeń i wiele osób dostrzega pewną hipokryzję w tym, że Lego wzbrania się przed czołgami, ale już Gwiazda Śmierci niszcząca całe planety dostępna jest w wielu wariantach i uważana za świetną zabawkę dla dzieci. Kilka razy wydano też model klasycznego dwupłatowca z pierwszej wojny światowej, jak choćby zestaw 10226 sprzed zaledwie 4 lat, a przecież jest to maszyna stworzona do zestrzeliwania samolotów, nie do latania rekreacyjnego.

- Z drugiej strony, ciekaw jestem licencji Porsche, której początek zobaczymy właśnie w tym roku. Mam nadzieję, że nie skończy się na jednym zestawie. Mieliśmy już w przeszłości zestawy Lego Technic na licencji Ferrari i były nie tylko świetną zabawką, ale i wielką inspiracją.

Stawiam, że mimo wszystko jeszcze zdarza ci się kupować klocki dla siebie. Podczas zakupów myślisz o złożeniu zaproponowanego przez projektanta modelu, czy też od razu patrzysz na ciekawe części i składasz z nich coś swojego?

- Tak naprawdę w ostatnich latach kupuję zestawy albo z myślą o recenzji, albo na części. Czasem potrzebuję jakiegoś rzadkiego elementu występującego w jednym czy dwóch zestawach. Jeśli jest to zestaw mały i tani to bardziej się opłaca pójść do marketu i wziąć go z półki, niż bawić się w zamawianie tego konkretnego klocka. Ale raz na jakiś czas wychodzi zestaw, który po prostu bardzo mi się podoba jako zestaw. Na tej zasadzie kupiłem na przykład Mini Coopera (10242), którego raz na jakiś czas dla zabawy przerabiam. Była już wersja poruszająca się na gąsienicach, na nogach i pływająca. W tej chwili przerabiam go na skuter śnieżny.

Czy klocki Lego to twoje jedyne zajęcie? Innymi słowy - żyjesz z tego, że je układasz?

- I tak, i nie. Od prawie 10 lat pracuję jako grafik i większość tego czasu przepracowałem w mediach, to było moje główne źródło utrzymania. Natomiast rok temu zerwałem się z korporacyjnego łańcucha i utrzymuję się po części ze zleceń, ale po części także z honorariów za książki. Zarobki z YouTube to przy tym raczej tylko dodatek, chociaż i tak nie mogę narzekać, bo dzięki dużemu procentowi widzów z zagranicy zarabiam kilkakrotnie więcej niż analogicznej wielkości kanał oglądany tylko przez Polaków. Realia dzisiejszego internetu są niestety takie, że z nagrywania tylko dla Polaków ciężko wyżyć.

Plany na przyszłość?

- Mam w planach kilka dużych modeli, na które widzowie cierpliwie czekają już od długiego czasu. To jest mój priorytet. Jest wśród nich model naszej słynnej łodzi podwodnej z drugiej wojny światowej, ORP Orzeł. Nie będzie niestety pływał, ale będzie duży, ze zdalnie sterowanymi elementami i być może przybliży trochę naszą historię widzom ze świata. W tym roku chciałbym też uczcić zakończenie produkcji Land Rovera Defendera specjalnym modelem. Być może uda mi się we współpracy z innymi youtuberami porównać ten model z oryginałem. Gdzieś tam na horyzoncie majaczy też "silver button" od YouTube (nagroda za zgromadzenie 100 tysięcy subskrybentów kanału). Jeśli wszystko to się uda, to może będę świętował to jadąc z kamerą do Danii.

Trzymam kciuki! Czego jeszcze można życzyć fanowi klocków Lego? Więcej miejsca, gdzie można by je trzymać?

- Ekranizacji moich książek, oczywiście. Widziałbym Tomka Karolaka w roli klocka 2x4.

Rozmawiał: Michał Ostasz

Dowiedz się więcej na temat: Paweł Kmieć | Sariel | Lego

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje