Andrzej Chyra: ​Nic na siłę

Andrzej Chyra: "Coś się zamknęło i coś się otwiera" /Bartek Wieczorek/LAF AM /Twój Styl

Długo był bon vivantem. Lubił mieć gest - wobec innych i wobec siebie. Życie "tu i teraz" było nawet swego rodzaju aspiracją. Dziś Andrzej Chyra, aktor, reżyser i bywalec, twierdzi, że balangowanie przestało mu smakować. Czy dlatego, że niedawno został ojcem? "Mam wrażenie, że odsłoniła się inna część mojej osoby. Coś, o czym nie wiedziałem. I coś, czego może zawsze chciałem?" - mówi o pojawieniu się syna. Ale w pracy tempa nie zwalnia, są role filmowe i reżyserowanie opery. Bo jest jeszcze parę szczytów do zdobycia.

Reklama

Joanna Nojszewska, Twój STYL Man: Pytanie otwarte. Co ciebie, faceta tuż po pięćdziesiątce, z ustaloną pozycją, nakręca do życia?

Andrzej Chyra: - Spośród różnych rzeczy najbardziej to, że zostałem tatą.

Reklama

I jak ci z tym?

- Rozmawiałem ostatnio ze znajomym. Mówię: "Myślałem, że to już mnie nie spotka". On na to: "Jak to, przecież to jest sedno!". Nigdy w ten sposób nie myślałem. Teraz czuję, że to jedna z najważniejszych rzeczy, które mi się zdarzyły. Może najważniejsza? Zmiana jest zasadnicza. Przez lata głównie praca układała mi życie, teraz zaczyna być inaczej.

Przecież nadal pracujesz.

- Wiesz, różnie - czasem aktorzy po latach pracy czują śmieszność tego, co robią. Albo znużenie. Chcieliby się znaleźć w innej sytuacji. Może dlatego zacząłem reżyserować. Trochę zaskakujące było dla mnie to, że akurat w operze. Bo ona wcześniej nie była dla mnie jakimś szczególnie istotnym medium. A tu zrobiłem dwie i przygotowuję się do trzeciej - Carmen (w Teatrze Wielkim Operze Narodowej). Ekscytujące, bo to taka terra incognita. No a teraz Tadzio - czuję, że otwiera się przede mną nowa ścieżka. Coś ekscytującego, tajemniczego. W sensie emocjonalnym to jest niezwykle odświeżające doznanie. Coś się zamknęło i coś się otwiera.

Coś się zamknęło?

- Nie mogę już, kiedy mi się zachce, "wsiąść do pociągu byle jakiego". Ale wiesz, patrząc z dzisiejszej perspektywy, mogę powiedzieć, że miałem dużo wolności, tylko że ona nie była jakoś szczególnie zorganizowana. Czas mi często przeciekał przez palce. Czasem niewiarygodnie dużo czasu. Teraz, kiedy mam ograniczenia, wykorzystuję dobę dużo lepiej. Poza tym pewne rzeczy straciły atrakcyjność. Na przykład clubbing. Czasem mi się zdarza jeszcze jakieś wyjście, ale to już nie ma takiego smaku jak kiedyś.

Obserwuję, jak wyłania się człowiek

Wielu moich znajomych twierdzi, że dziecko to jest przygoda życia.

- Ta przygoda polega na tym, że nagle doświadczasz uczuć bezwarunkowych. Zmienia się chemia w mózgu. Mam wrażenie, że odsłoniła się inna część mojej osoby. Coś, o czym nie wiedziałem. A coś, czego może zawsze chciałem? Atawistyczna radość: nagle obcuję z częścią siebie, ale w inny sposób niż na co dzień. Ten ktoś jest częścią mnie, ale przede wszystkim odrębną istotą, którą staram się zrozumieć. Nowością jest to, że kiedy wyjeżdżam, myśli krążą wokół niego. Tęsknię. Niektórzy mówią, że oddaliby życie za ojczyznę i naprawdę w to wierzą. Ja nie wiem, czybym oddał życie za ojczyznę. Ale za syna tak. Chyba pierwszy raz w życiu mam takie uczucie.

A pamiętasz, jak pierwszy raz spojrzałeś Tadziowi w oczy?

- Pamiętam spokój. Sytuacji. I spokój tego człowieka, który nieoczekiwanie nie wrzeszczał. Ale wiem, że niekoniecznie zawsze będzie nam razem łatwo. Na naszą relację patrzę trochę jak badacz. Śledzę reakcje swoje, jego. I obserwuję, jak z jakiegoś odruchu i nieświadomości wyłania się człowiek. Taki, jakiego chcemy wychować - żeby gadał, rozumiał, podejmował decyzje, wchodził w dialog. Nie mam w sobie takiego napięcia, że on musi być grzeczny. W ogóle nie znoszę tego sformułowania. Oczywiście, to ryzykowne pozwolić dziecku być trochę aspołecznym. Bo będzie mnóstwo osób, które będą od niego tej "układności" oczekiwać. Ja też momentami wolałbym, żeby jednak był grzeczny, bo to równa się "łatwy w obsłudze". (uśmiech)

Co jeszcze według ciebie jest ważne w wychowaniu syna?

- Ważne jest, żeby miał umiejętność i szanse realizować swoją wolność. Choć to jeszcze parę lat, z niepokojem śledzę zapowiedź reformy szkoły. Czy jest gimnazjum, czy nie - to akurat sprawa drugorzędna. Mnie niepokoją zmiany programowe. W "nowej" szkole ideologia znów staje się narzędziem i celem edukacji. W taki młody umysł łatwo wdrukować każde treści. Stworzyć pokolenie konformistów w ramach wygodnych dla formacji, która je wymyśli. A ja chcę, żeby syn miał szanse poznawać rzeczy z różnych perspektyw. Miał możliwość swobodnego myślenia i wyborów.

Widzę, że jesteś mocno wkręcony.

- Nie rozumiem też sprzeciwu wobec puszczania sześciolatków do szkoły. Polskie pierwszaki są jednymi z najstarszych w Europie, a może i na świecie. Ja się rwałem do szkoły. W pierwszej klasie nie byłem w stanie śpiewać piosenki "Jedzie pociąg z daleka", bo to była rzecz z przedszkola. Kończyło się uwagą w zeszycie i często laniem. Podejrzewam, że ci, którzy myślą, że pod ich skrzydłami dzieci są w raju, mogą się mylić. Może mają złe doświadczenia ze swoją szkołą? Może mieli z nią kłopoty, była dla nich za trudna?

- Albo jeszcze inna perspektywa: maturę zdaje 17-latek i idzie na studia. Kiedy jest już na drugim roku, jego rówieśnik, który poszedł później do szkoły, kończy liceum. Ta różnica wieku się nie zmieni. Pierwszy kończy studia, mając 22 lata. I rusza w świat. Drugi korzysta z laby studenckiej i czuje się jak drugoroczny. Mój syn może studiować, jak długo chce, ale moment startu chcę mu dać wcześniej. Żeby jak najdłużej mógł być czynny i twórczy, zanim go wyślą na emeryturę! Widzisz, takie to myśli kłębią się w głowie młodego ojca.

A czy już teraz, kiedy syn jest jeszcze mały, masz takie poczucie, że należysz do "klanu tatusiów"? Tych, co to godzinami rozprawiają o parametrach wózków, robią ranking pieluch czy zabawek edukacyjnych?

- Nie, na to jestem chyba zbyt osobny. Oczywiście, rada innego ojca bywa pożyteczna. Co innego się zmieniło: kiedyś, jak leciałem samolotem i niedaleko siedziało dziecko, kurczyłem się w sobie, bo ono zaraz zacznie płakać. Lubiłem dzieci, ale na odległość. (uśmiech)

- A teraz to mi nie przeszkadza. Właściwie to nawet... przesiadłbym się bliżej. Mam większą empatię. Wcześniej miałem z nią kłopoty. Jako aktor nie powinienem. I może tę zawodową mam, ale z prywatną bywało gorzej. I to się na pewno zmieniło.

Jak nie zostałem oszczepnikiem

Zaczęliśmy od "miękkiego" tematu, a ja przyszłam tu z planem, że pogadamy o czymś bardzo męskim. O sile.

- Spróbujmy.

Pamiętasz swoje pierwsze chłopackie demonstracje siły?

-  Pamiętam siłowanie się na rękę. Ale wiesz co? Ja wolałem kapsle. Pikulce. Szachy. Czyli raczej spryt i finezja, nie mięśnie. Bójki? Nie, nigdy się nie biłem. Może dlatego, że mierzyłem zamiary według sił? (uśmiech)

- Ojciec pchał kulą, wujek był zapaśnikiem, a ja z takich sportów siłowych spróbowałem tylko rzutu oszczepem. Kilka treningów, potem były wakacje i się jakoś rozeszło.

A pamiętasz moment, że masz już taką siłę i moc, że sam stanowisz o sobie? Co to było? Wyjazd do internatu w liceum, matura?

- Były takie momenty potwierdzenia, "glejty" - jak zdobycie karty rowerowej czy patentu sternika. Ale kiedy patrzę z perspektywy, przypomina mi się inne wydarzenie. Pierwsza świadoma całodniowa eskapada. Z kolegą. Mieliśmy wtedy po pięć lat.

No nie! Bez rodziców?

- Zamiast do przedszkola ruszyliśmy na wyprawę po mieście - mieszkałem wtedy w Złotoryi. Było łażenie po kamieniach w rzece, zwiedzanie stacji kolejowej łącznie z oglądaniem z bliska buforów wagonów. Wszelkie niespełnione marzenia i fascynacje małego chłopczyka. I pamiętam doskonale to poczucie samodzielności.

Dziś taka wyprawa wydaje się nie do pomyślenia. Wyobraź sobie...

- ...mojego urwisa? Nie wiem, w Warszawie sobie tego raczej nie wyobrażam. To było małe miasteczko, a ja byłem dość rozsądnym chłopcem. Tak wtedy czułem. Ha, ha. Dobrze znałem kierunki, wiedziałem, jak przechodzi się przez ulicę. W ogóle byłem samodzielny. To oznaczało też udział w pracach domowych. Od małego sprzątałem, gotowałem. Nie, nie byłem do tego zaganiany - to odbywało się naturalnie, a nawet mnie ciekawiło. Babcia była krawcową, więc szybko nauczyłem się szyć na maszynie i już w podstawówce sam sobie zwężałem dżinsy. Do granic możliwości zresztą. (uśmiech)

- Miałem wcześnie sporo umiejętności życiowych. Od pierwszej klasy chodziłem sam do szkoły, jakiś kilometr. W ogóle sporo czasu spędzałem samotnie.

Mam na liście takie patetyczne może pytanie: czy był jakiś moment, kiedy szczególnie poczułeś siłę rodzicielskiej miłości?

-  Zawsze wiedziałem, że oni są po mojej stronie. Nie wiem, czy miałem wzorowych rodziców, ale na pewno dawali mi swobodę. Byli dość nowocześni, a jednocześnie wymagający - to, że miałem dobre stopnie, wydawało im się czymś naturalnym i niestety, nie uprawniało do nagród. Ale z drugiej strony dawali mi poczucie partnerstwa. Czułem, że mają do mnie zaufanie. I wiesz, to jest coś, co ja mam teraz w stosunku do mojego syna. Nie chucham i nie dmucham na zimne. Bo uważam, że człowiek ma w sobie dozę wrodzonego rozsądku. Oczywiście należy mu powiedzieć: nie wsadzaj palucha tu i tam, bo stanie się coś niedobrego. Ale jeśli już, to może to być nawet z pożytkiem. Tata czy mama go wszystkiego nie nauczą. Życie na pewno...

- Rodzice akceptowali moją niezależność. Nie było szczególnej wylewności. Dla mnie ta forma - nie gorącego i nie lodowatego chowu - była naturalna. Rodzina mamy pochodzi z Wileńszczyzny, jej brat często mówił: "A, bo Krysia to taka Litwinka, niewiele mówi, nie okazuje emocji". Mam podobnie. Może więc dostałem to w genach po mamie? Ale to mi nie przeszkadza. Nie czuję niedostatku.

Fizycznie też jesteś bardziej "w mamę"?

- Tak wszyscy mówią. Ale z wiekiem nabieram gestów taty. Bo ojciec był dla mnie rzeczywiście wzorem silnego faceta. W pracy i w domu poważny, mocny gość. To mi imponowało. Teraz siostra i mama twierdzą, że mam odruchy ojca. I że to jest zabawne.

Co na przykład?

- Jakieś takie "zawieszenia" uwagi. Albo gesty. Pociąganie nosem. Ja zresztą to świadomie wykorzystuję w pracy. No bo trochę tych ojców już zagrałem. I doświadczenia z domu nieraz posłużyły w budowaniu postaci.

W którym filmie widać to najbardziej?

- We "Wszystko, co kocham". Tam widać najwięcej ruchów, intonacji, reakcji mojego ojca. To był w ogóle mój klucz do postaci.

À propos twojego taty. Muszę z tobą coś wyjaśnić. Przeczytałam kiedyś w kolorowej prasie, na okładce, takie zdanie: "Nieznane fakty z życia Andrzeja Chyry: ojciec kazał mi grać na flecie". Brzmi hardkorowo.

- Kazać nie kazał. Ale na flecie grałem. Poprzecznym. Powiedziałem o tym w jakimś wywiadzie. Ale sama wiesz, że dużo smaczniejsze - a na pewno perwersyjne - jest zdanie, że ojciec kazał. A jeszcze flet poprzeczny, taki niemęski instrument. Na tym flecie grałem tylko rok. Miałem 10 lat, akurat przenieśliśmy się ze Złotoryi do Polkowic i tam była orkiestra górnicza. Poszedłem z ojcem do kapelmistrza. Fascynujące - nagle wlazłem do pomieszczenia, w którym stały trąbki, bębny. Kapelmistrz mówi: trąbka jest technicznie trudniejsza, może lepiej ten flet? Mnie się spodobał. Poza tym w orkiestrze grałem też na werblu, pamiętamjak z dumą maszerowałem w mundurze w pierwszym szeregu...

- Ale fajnie, że wspomniałaś o tym flecie. Bo planuję do niego wrócić. Trochę wstyd mi o tym mówić - już parę lat tak planuję. Marzę, żeby wziąć kilka lekcji i od czasu do czasu podmuchać. Zagrać coś z sensem, nie tylko improwizować jazzowo.

Przepraszam, ale czy ty masz jeszcze za mało zajęć?

- Wiesz, o co chodzi? Żeby pokazać coś z tej - skromnej, ale jednak - maestrii mojemu Tadziowi. Żeby zobaczył, że tata też coś potrafi. Bo dziś, jak wiemy, aktorem może zostać każdy.

Wracając do twojego dzieciństwa: zastanawiam się, czy przez to partnerskie traktowanie jako chłopiec nie byłeś taki "stary malutki"?

- Chyba nie. Jak patrzę na zdjęcia z przedszkola czy szkoły, widzę, że ten najbardziej uśmiechnięty ryj to Andrzejek.

Jako syn traktowany przez rodziców po partnersku pewnie nie musiałeś się nawet buntować?

- Nie potrzebowałem spektakularnych sytuacji. Gdybym był trzymany pod kloszem i na krótkiej smyczy, pewnie byłoby inaczej. Raz tylko się wyrwałem. W liceum - chodziłem do bardzo dobrego, imienia Mikołaja Kopernika w Lubinie. Z kolegą pojechaliśmy do Świnoujścia pod namiot. Rodzice o tym nie wiedzieli i pewnie do tej pory nie wiedzą. (śmiech)

- Nawet nie pamiętam, co tam się działo. Może jedną straszną rzecz, która wydarzyła się zaraz na początku. Gdybym był starszy, toby mi dała do myślenia. Na dworcu w Legnicy byliśmy świadkami tego, że ktoś popełnił samobójstwo. Kładąc głowę na torach tuż przed rozpędzoną lokomotywą. Nie czułem, żeby było to dla nas przeżycie traumatyczne. Plan to plan. Popatrzyliśmy i pojechaliśmy dalej. Ale obraz został.

Mieć zawsze 45 lat

Zamyśliłeś się...

- Bo chcę wrócić jeszcze do początku rozmowy. Pytałaś o tę siłę fizyczną. Dziś dla mnie oznacza to po prostu, żeby się dobrze trzymać. Mam świadomość, że ciało jest już troszeczkę zużyte i wymaga zaopiekowania. A kiedy urodził się Tadzio, wymyśliłem sobie, że muszę się trochę cofnąć wiekowo.

?!

- Że skoro jemu przybywa, to mnie niech ubywa. On rok do przodu, to ja rok do tyłu. Mam 52 lata. Jeśli doszedłbym do 45, to ten dystans się ładnie zmniejszy. (śmiech)

- Żartuję. Ale serio: jest we mnie pokusa, żeby zacząć robić się coraz młodszy. W głowie, ale i w ciele. Chcieć to móc.

Ale co konkretnie chcesz robić?

- Rowerek. Pobiegać, popływać, parę pompek - podobno najlepszy jest trening sportowy, tracisz tłuszcz i robisz rzeźbę. No i nie zatruwać się już tak jak przez lata.

I może jeszcze się ostrzyknąć?

- Żartujesz. Mam po prostu nie być coraz bardziej połamanym, dziadziejącym facetem, tylko sprawnym gościem, który będzie partnerem dla tej młodości, która jest obok.

Postanowienia szlachetne, ale czy masz wystarczającą siłę woli, żeby ich dotrzymać? Bo to jest kolejna z "sił" z mojej listy.

- Jeśli choć przez chwilę jestem konsekwentny i zobaczę pierwsze "promienie słońca", to dostaję skrzydeł. Ale fakt, silna wola to nie jest moja koronna dyscyplina. Nie mam duszy sportowca wyczynowca. Zdarzało mi się porzucać wiele rzeczy po drodze. Coś mnie wytrącało z rytmu i już nie wracałem.

Skoro jesteśmy przy wyglądzie. Kiedy poczułeś siłę - nazwijmy to - swojego męskiego wdzięku? Że jesteś obiektem zainteresowania.

-  Męskiego wdzięku? Ja zawsze miałem poczucie, że jestem bardziej chłopięcy niż męski. A obiekt zainteresowania raczej był przede mną. Atrakcyjność? Długo nie byłem jej pewien. Próbowałem imponować inaczej. Miałem potrzebę wychodzenia przed szereg. Albo w bok.

- Koledzy świetnie jeździli na nartach, ja - słabiej, może dlatego, że rzadko. Myślałem: "oni mają coś, czego ja nie mam". I żeby zaimponować klasie, wchodziłem w błazeństwa i różne demonstracje niezależności. W związku z tym przy bardzo dobrych stopniach miałem zawsze złą ocenę z zachowania. Ale już na przykład nie wagarowałem. Bo to akurat wydawało mi się słabe. Nie czułem, żeby mi dodawało estymy.

Dobrze rozumiem, że byłeś klasowym wesołkiem?

- Trochę. Ale miałem poczucie, że swoją pozycję zawdzięczam też wiedzy i zdolności myślenia. Przykłady? No wiem, że oczekujesz ode mnie anegdot. Ale ja wielu rzeczy nie pamiętam. Zazdroszczę kolegom, którzy mają tych historyjek bez liku. Ostatnio czytałem książkę Piotrka Gąsowskiego. Bardzo dobra. I pomyślałem: "Kurczę, czy moje życie jest pozbawione takich fantastycznych historii?". Nie wiem, może? Ale może jest też tak, że na Piotrka spada wór cudownych zdarzeń, bo to wynika z jego charakteru, z większej otwartości? On śmiało wchodzi w różne sytuacje. A ja zawsze byłem ostrożny, kalkulowałem. I może dlatego nie mam tylu przygód. Ale może też tak być, że one mi gdzieś przepadają. (Andrzej macha ręką za uchem) Nie kolekcjonuję ich. Bo mam głowę gdzie indziej.

Nie Chyra, tylko Pan Chyra!

Wracając do siły uwodzenia: można założyć, że z czasem zaczęła się łączyć z siłą popularności.

- Właśnie. Już jako aktor nigdy nie miałem pewności, czy kobieta interesuje się mną, czy tym, co robię. Dlatego nieufnie podchodziłem do tego, co określasz "atrakcyjnością".

A pamiętasz moment, kiedy poczułeś siłę swojej sławy?

- Tu akurat odpowiedź jest prosta: po "Długu". Pamiętam sytuację na festiwalu w Gdyni, jeszcze zanim dostałem nagrodę. Łaziłem po kuluarach i nagle słyszę, jak ktoś mówi: "No bo Chyra coś tam...". A Stefan Laudyn (znawca kina, szef Warszawskiego Festiwalu Filmowego - red.) mówi: "PAN Chyra". (uśmiech)

- To był wybuch. Jak przez lata nie miałem wielu propozycji, tak nagle mogłem zacząć wybierać. Czy uderzyło mi to do głowy? Trochę pewnie musiało. Ale na szczęście miałem już wtedy 35 lat i to nie było totalne zachłyśnięcie. Za to zacząłem mieć dużo pracy i zaczęło brakować mi czasu na pielęgnowanie znajomości.

Pamiętam, że już dobrych kilka lat temu mówiłeś mi, że nie masz czasu spotkać się z bliskimi znajomymi nawet raz do roku.

- A z drugiej strony, w zeszłym roku osiem miesięcy spędziłem poza Polską, częściowo z synem i Pauliną, a z tej reszty jeszcze połowę tutaj w pracy. I czasu na życie towarzyskie nie było wiele. Ale może to tylko z lenistwa?

Łatwo przyszło, łatwo poszło

To jeszcze jedna "siła" z mojej listy na dziś. Siła pieniędzy. Bo jak rozumiem, one przyszły z sukcesami?

- Tak, ale nie umiałem tej siły pieniądza wykorzystać. Przecież po tylu latach pracy powinienem mieć dom albo wielkie mieszkanie... Mam wrażenie, że pieniądze się mnie nie trzymają.

Jak myślisz, czemu?

- Miałem taki moment, że bardzo się przyjaźniłem z Krzyśkiem Krauze. Często się spotykaliśmy. I on miał gest. Stawiał. Strasznie mi się to podobało i... ten gest przejąłem. (uśmiech)

- Wydawało mi się, że to jest coś super. Móc być hojnym. Siła pieniądza, o której mówisz, pozwalała mi mieć gest. Dziś widzę, że to często było nierozsądne. Bo w jakimś momencie okazuje się, że zapewnienie sobie - i ludziom, z którymi się żyje - jakiejś wygody, poczucia bezpieczeństwa ma istotne, podstawowe znaczenie. Ale "easy come, easy go"... (uśmiech)

Uznany aktor Bogusław Linda często powtarza, że musi pracować, żeby utrzymać rodzinę. Rozumiem, że to jest też twój przypadek?

- No... chyba tak. (śmiech) Chyba dotyczy to każdego.

Żałujesz, że miałeś gest?

- Żałowanie czegoś po czasie jest bez sensu. Mogę co najwyżej wyciągnąć wnioski.

I wyciągasz?

- Staram się.

Miałeś moment, że swój status chciałeś potwierdzić zegarkiem czy samochodem? Albo chociaż wycieczką na Mauritius?

- Potwierdzić? Nie wiem. Ale mogłem sobie na wiele pozwolić. Nie przejmowałem się wydatkami. Jak przyszła ochota polecieć do Nowego Jorku na trzy dni - leciałem. Pieniądze dawały mi rodzaj swobody. Tego gestu wobec innych, ale też wobec siebie samego. Moim bohaterem filmowym i ulubionym aktorem jednocześnie był Marcello Mastroianni. Taki status bon vivanta, który żyje tu i teraz, był zawsze moją - można powiedzieć - aspiracją. Wydawał mi się sexy.

- A samochód? Od prawie dekady jeżdżę tym samym. Nie mam w domu rzeczy luksusowych. Raczej dobre, fajne, ładne, wystarczające. W ogóle to jestem śmieciarzem. Trudno mi się pozbywać przedmiotów.

Zachowujesz pudełko, bo się przyda?

- Raczej dlatego, że będzie mi coś przypominało.

Sentymentalny Chyra?

- Przesadnie - nie, ale pozwalam sobie na chwile słabości. (uśmiech)

- Znam osoby, które mają w swojej naturze pozbywanie się rzeczy. Mnie to wręcz boli. Z drugiej strony myślę: po co mi tyle tych śmieci, przecież nie wracam do tego, zapominam, znikają, nie są mi potrzebne. Oczywiście, od czasu do czasu robię przeciąg, ale on też jest taki... ostrożny. No i te przedmioty ciągle na mnie wiszą.

Nic na siłę

Im dłużej ciebie znam, tym bardziej mam wrażenie, że pasuje do ciebie to określenie: "nic na siłę".

- Pasuje. Nie mam zwyczaju niczego forsować. Jest takie powiedzenie: jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Ja czasem mówiłem mocniej: jak się nie ma, co się lubi, to się nie ma nic. W obu przypadkach ten pierwszy człon zakładał, że można nie mieć tego, co się lubi. To było moim immanentnym przekonaniem. Nigdy nie miałem czegoś takiego, żeby dążyć do celu po trupach. Kiedy zdawałem egzaminy do szkoły teatralnej, miałem też złożone papiery na górnictwo. Gdybym za pierwszym razem się nie dostał, nie wiem, czybym drugi raz podchodził.

- Z podziwem patrzę na ludzi, którzy dopinają swego uporem. Raz tylko mocniej "docisnąłem". Gdy zdawałem na reżyserię, przyjęli cztery osoby, a ja byłem piąty. Zadzwoniłem do dziekana. A on powiedział: jeśli pan napisze odwołanie, jest duże prawdopodobieństwo, że zostanie rozpatrzone pozytywnie. I zostało. To był jeden z niewielu przypadków w moim życiu, że pociągnąłem temat. Bo nie miałem wątpliwości, że warto. Ale wiele rzeczy zarzuciłem.

Kiedy już jesteśmy przy dziekanach. Siła autorytetu - to na ciebie działa czy jesteś taki "swobodny Dżordż"?

- Dla mnie autorytety są istotne i potrzebne. Mam wiele takich osób, których zdanie się dla mnie liczy. Od Janusza Głowackiego po księdza Bonieckiego. Ale też wielu - także młodszych już ode mnie pisarzy, reżyserów, aktorów, często ludzi, z którymi pracuję. Nie podoba mi się dzisiejsza moda na olewanie wszystkich autorytetów i myślenie, że tylko ja mam rację. Czasem autorytety są potrzebne również po to, żeby się od nich odbić, skonfrontować. Bo autorytet nie może mnie blokować. Ja w pewnym momencie, na jakimś etapie pracy muszę stać się autorytetem dla samego siebie.

To już jest ten etap?

- Oczywiście są jeszcze jakieś szczyty do zdobywania. Ale teraz mogę z tych klocków, które mam, budować coś innego. Nie wymagaj jednak ode mnie refleksji nad życiem. Refleksje nad życiem i dobre rady to nie ja. Oczywiście nie znaczy to, że wszystko mi tak po prostu płynie. Życie jednak tak się układa, że pewne procesy są od nas niezależne. Są organiczną reakcją, a nie jakąś kalkulacją. I to jest fascynujące.

Rozmawiała Joanna Nojszewska, zdjęcia Bartek Wieczorek / LAF AM


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje