Pięciu polskich wojowników, którzy w pojedynkę potrafili zmienić losy bitwy

Stefan Czarniecki, jako jedyny hetman znalazł miejsce w hymnie. Nim rozpoczął walkę ze Szwedami, często walczył jako najemnik /East News

Okrągła sumka od niemieckiego cesarza. Ekspedycja z królem Francji, albo przeciwko niemu. Zależnie kto lepiej płaci. Fortuna od Węgrów i kieszonkowe od Morawian. Najlepsi polscy wojownicy walczyli dla pieniędzy. I wcale się tego nie wstydzili.

Zawisza Czarny

Reklama

Najsłynniejszy polski średniowieczny rycerz sporą część kariery wojskowej spędził pod obcymi sztandarami. Zaczynał w oddziałach margrabiego Prokopa Luksemburskiego. Niewiele wiadomo o tym etapie życia Zawiszy. W sumie nie bardzo było się czym chwalić, bo Prokop był typowym feudalnym awanturnikiem, o władzę walczącym na czele bandy żołdaków. W tym gronie znalazł się i Zawisza Czarny. W 1399 roku razem z innymi okupował dobra biskupa ołomunieckiego, za co był zagrożony klątwą.

Kiedy Prokop wylądował w więzieniu, Zawisza zmienił pracodawcę. Tym razem zaciągnął się na służbę u węgierskiego króla Zygmunta Luksemburskiego. W tym czasie niejeden polski rycerz decydował się na wojaczkę w armiach tego władcy. "Na Węgry przyciągała ich nie tylko nadzieja na rycerską przygodę, ale przede wszystkim chęć poprawienia statusu majątkowego" - pisali Beata Możejko, Sobiesław Szybkowski i Błażej Śliwiński, autorzy biografii Zawiszy.

Reklama

Zawisza ten akurat cel bez wątpienia zrealizował. Jak pisze Marcin Szymaniak w książce "Fighterzy. Najlepsi polscy wojownicy":

"Służąc Zygmuntowi, najsłynniejszy polski rycerz brał udział głównie w bojach ze zbrojną opozycją wspierającą konkurencyjnych kandydatów do węgierskiego tronu. Wciąż się wyróżniał, a Zygmunt hojnie go wynagradzał. Czarnowłosy wojownik (...) otrzymał m.in. prawo do pobierania dochodów z miasteczka Sabinov na Górnych Węgrzech (obecnie Słowacja). Jako sprawdzony już najemnik ściągnął na służbę u króla Węgier również swego młodszego brata, Jana Farureja."

Polski rycerz, walcząc za pieniądze Zygmunta, miał okazję bić się w Bośni w 1408 roku albo z husytami w 1422 roku. W 1428 roku znalazł się w wojsku węgierskiego króla, zmierzającego do walki z Turkami. Dorabiano do tego ideologię (jakiż ten Zawisza szlachetny: to przecież walka z wrogami chrześcijaństwa!), ale cytowani wyżej biografowie nie mają złudzeń. "Rzecz sprowadzamy do wymiaru materialnego" - konkludują.

Właśnie w trakcie tej wyprawy, konkretnie pod Golubcem w dzisiejszej Serbii, kostucha dopadła najsłynniejszego polskiego rycerza. Według zachowanej relacji dostał się do tureckiej niewoli, ale dwóch janczarów posprzeczało się o cennego jeńca i w czasie kłótni jeden z nich odrąbał Zawiszy głowę.

Bartłomiej Nowodworski

Dzisiaj jego nazwisko kojarzone jest z krakowskim liceum, ale Bartłomiej Nowodworski był swego czasu najlepszym w Rzeczpospolitej specjalistą od wybuchów. Dzięki niemu w 1611 roku wrota Smoleńska stanęły otworem przed polską armią (chociaż lepiej byłoby powiedzieć, że wyleciały w powietrze), a w 1618 roku nie tak wiele brakowało, by również zdobycie Moskwy ozdobiło wojskowe CV pana Nowodworskiego. Niestety, zła koordynacja działań, zdrada niektórych żołnierzy i wreszcie ciężka rana, jaką odniósł w trakcie walk, zadecydowały o niepowodzeniu polskiego szturmu na rosyjską stolicę.

Wcześniejszy życiorys pana Bartłomieja nie wyglądał jednak równie kryształowo. W 1582 roku zabił w pojedynku Biedrzyckiego, pokojowca króla Stefana Batorego. Groziła mu za to kara śmierci, więc salwował się ucieczką. Zbiegł na dwór Henryka III, króla Francji. Był to zarazem dawny król Polski, znany u nas jako Henryk Walezy.

Monarcha raczej kiepsko wspominał pobyt nad Wisłą, ale potrafił docenić walecznych żołnierzy. A że we Francji w najlepsze trwała wojna domowa, pan Bartłomiej znalazł pracę, chociaż nie był to łatwy kawałek chleba. Marcin Szymaniak tak opisuje jego wyczyny na obczyźnie:

"Nowodworski wziął udział w ataku na Pontoise, twierdzę opanowaną przez ligowców. Oberwał w goleń kulą z arkebuza, ale zdążył wykazać się walecznością. Miasto padło, Polak otrzymał osobistą pochwałę i nagrodę od Henryka III."

Polski szlachcic okazywał się człowiekiem prawdziwie uniwersalnym. Wpierw walczył w armii Henryka III przeciwko Lidze Katolickiej, później w Lidze Katolickiej przeciwko kolejnemu królowi - Henrykowi IV, a wreszcie w służbie Henryka IV znowu przeciw Lidze. Jako francuski najemnik spędził Nowodworski siedemnaście lat życia, później został kawalerem maltańskim, by wreszcie wrócić w ojczyste strony i zapisać strony swojej biografii złotymi literami.

Stefan Czarniecki

Jedyny hetman, który znalazł się w narodowym hymnie, zaczynał swoją karierę w szeregach lisowczyków. Była to lekka jazda, która w 1619 roku znalazła się na żołdzie cesarza Ferdynanda II. Równie groźna dla wrogów, co dla cywilów - w porównaniu z nimi Kmicicowa kompania z Sienkiewiczowskiego "Potopu"... Tu nie ma co porównywać.

Mówiąc wprost: jeden z najsłynniejszych polskich dowódców pierwsze kroki stawiał, walcząc za austriackie pieniądze z wrogami cesarza. Słynny pamiętnikarz Jan Chryzostom Pasek wspominał, że "Szukał jej [tj. śmierci] z młodych zaraz lat w czeskich, w niemieckich prowincyjach, u rodzonego swego brata chorągiew".

O tym okresie w życiu Czarnieckiego niewiele wiadomo. Jak pisał Adam Kersten, autor świetnej biografii hetmana, "Lisowską przeszłość chętnie zresztą zatajali sami lisowczycy. Ludzie wielokrotnie skazywani na banicję i infamię, jeśli mogli zatrzeć u współczesnych pamięć o tym, robili to skwapliwie".

Doświadczenie wyniesione z najemniczych lat zaprocentowało w przyszłości. Dla Czarnieckiego była to znakomita szkoła wojennego rzemiosła, która przydała mu się w tłumieniu buntu Chmielnickiego, jak i w czasie szwedzkiego potopu, gdzie zasłynął jako mistrz "wojny szarpanej".

Krzysztof Arciszewski

W 1632 roku do Holandii przyjechał szlachcic Krzysztof Arciszewski. Opowiadał, że jest arianinem i po wyroku banicji musiał uciekać z katolickiej Polski. W kalwińskiej Holandii z otwartymi rękoma witano wszelkich wrogów "papistów". Tyle tylko, że Arciszewski był wierutnym kłamcą, bo Polski wcale nie opuścił ze względów religijnych.

Jego rodzina od wielu lat prowadziła spór z niejakim Kasprem Brzeźnickim, biegłym w sądowych sztuczkach, który Arciszewskich doprowadził do ruiny. Pewnego dnia pan Krzysztof zebrał około 60 kompanów i poczekał sobie na drodze na Brzeźnickiego, podróżującego w obstawie 4 pachołków. Brzeźnickiego potraktowano okrutnie. Najpierw związano sznurami, później przywiązano do koni i wleczono kawał drogi, wreszcie postawiono na szubienicy. Gdy nawet w obliczu śmierci nie chciał wyrzec się zdobytych sądownie posiadłości, Krzysztof Arciszewski wystrzelił do niego z rusznicy. Później strzelali jego towarzysze. Wreszcie, konającemu Brzeźnickiemu Arciszewski poderżnął gardło, odciął język i przybił do szubienicy.

Po takiej akcji trudno było spodziewać się łagodnego wyroku. Arciszewski, skazany na infamię i banicję, musiał uciekać z Rzeczpospolitej. Zaczął wieść żywot najemnika. Wpierw służył w armii katolickiej Francji pod rozkazami kardynała Richelieu. W 1629 roku wziął nawet udział w ataku na twierdzę La Rochelle, której oblężenie opisał Dumas w "Trzech muszkieterach".

Następnie trafił do Holandii. Jako żołnierz na niderlandzkim żołdzie wyjechał do Brazylii, gdzie zrobił błyskotliwą karierę, zwieńczoną tytułem admirała. Jednocześnie starał się o możliwość powrotu w rodzinne strony. Gdy uzyskał list żelazny od króla Władysława IV, w 1646 roku zjawił się w Polsce. Szybko otrzymał stanowisko generała artylerii koronnej i przez kilka lat służył ojczyźnie swoją wiedzą i doświadczeniem.

Kazimierz Pułaski

Sytuacja Kazimierza Pułaskiego była inna niż pozostałych bohaterów. On nie mógł przebierać w ofertach i wybrzydzać: "a może będę walczył u tego, albo u tego, sprawdzę ile tamci płacą".

Jeden z przywódców konfederacji barskiej, bez dwóch zdań bohater narodowy, musiał uchodzić z kraju. Co gorsza, był zamieszany w porwanie (właściwie: nieudaną próbę porwania) króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Z tego powodu znalazł się na cenzurowanym w monarchistycznej Europie i jako "królobójca" nie miał szans, by ktoś przyjął go do służby wojskowej.

Tymczasem bieda nie tyle zaglądała mu w oczy, co wręcz uporczywie się w nie wpatrywała. W 1774 roku Kazimierz Pułaski znalazł się na wygnaniu w Marsylii bez pieniędzy. Później, jak na hazardzistę przystało, wpadł w spiralę długów. A że niewypłacalnych dłużników zamykano pod kluczem, to w październiku 1775 roku Pułaskiego aresztowano.

Kiedy rodzina i polscy przyjaciele zebrali odpowiednie fundusze, wyszedł za kaucją. Szukając zajęcia, poznał Benjamina Franklina, przebywającego wówczas we Francji i zbierającego fundusze na walkę amerykańskich kolonii z brytyjskimi wojskami.

Ameryka stała się jedyną nadzieją na kontynuowanie kariery wojskowej bohatera konfederacji barskiej. Jak pisze w jego biografii Jan Stanisław Kopczewski:

"Rozważając szanse, jakie stwarzała podróż do Ameryki, i biegnąc myślami do spraw krajowych i rodzinnych, liczył Pułaski, że jego wyjazd przyczyni się do podratowania fortuny, że za Oceanem zdobędzie środki, które w przyszłości pomogą odzyskać majątki w kraju. Na tydzień przed wyruszeniem w podróż pisze obszerny list do siostry Anny, w którym nie ma słów wzniosłych - są natomiast optymistyczne kalkulacje finansowe."

Tak więc w 1777 roku w porcie Nantes wszedł na pokład statku "Massachusetts", a po 48 dniach podróży dotarł do Ameryki.

Zainteresował cię ten artykuł, na CiekawostkachHistorycznych.pl poznasz również 10 dowodów na to, że byliśmy najpotężniejszym imperium na kontynencie.

Michael Morys-Twardowski - Doktor historii, amerykanista, prawnik, ekspert od historii Śląska Cieszyńskiego. Słowem - istny człowiek orkiestra. W swoim dorobku ma szereg monografii i artykułów naukowych. W lutym 2016 ukazała się jego najnowsza książka pod tytułem "Polskie Imperium", szturmem zdobywając status bestsellera.

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje