Na narkotycznej smyczy CIA

Tajemnicze eksperymenty, topowa amerykańska modelka i mnóstwo, ale to mnóstwo tajemnic. Czym tak naprawdę był program MK Ultra?

Była piękna, inteligentna, ufna i ciekawa świata. Zbieg okoliczności, a może przemyślna gra macherów od szpiegowania sprawiły, że stała się... królikiem doświadczalnym.

Reklama

Jesień 1966 roku, USA, tajny ośrodek Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA) pod Waszyngtonem. W zaciemnionym pokoju siedzi kobieta, jej ciało oplatają kable elektryczne. Jeden z przewodów połączono z niewielką skrzynką ustawioną na podłodze. Mężczyzna w sąsiednim pomieszczeniu, obserwujący scenę przez szybę, nakazuje podać kolejną porcję elektrowstrząsów.

Kobieta krzyczy, błaga, by przestać, bo tego nie wytrzyma. Wreszcie omdlewa na krześle. Wtedy do pomieszczenia wchodzi kilku agentów w garniturach, odczepiają kable. Podają przesłuchiwanej kawę, jakieś leki. Kobieta przez długi czas nie może wydobyć z siebie słowa.

To była rutynowa kontrola po zakończeniu zadania na Tajwanie. Sprawdzano, czy agentka przypadkiem czegoś nie zapomniała powiedzieć swoim szefom albo, broń Boże, nie przeszła na stronę wroga. 

Misja po narkotykach

Zanim centrala CIA posłała Candy Jones na Tajwan, poddano ją specjalnej "kuracji" z wykorzystaniem narkotyków i hipnozy, by w takim stanie mogła bezbłędnie wykonać zadanie. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych sprawdzono efekty pracy agentki. Ani obywatele USA, ani żadnego innego kraju na kuli ziemskiej nie mieli prawa wiedzieć o pięknej i inteligentnej pracownicy CIA. I pewnie Candy Jones odeszłaby z tego świata, zabierając do grobu największe sekrety wywiadu, gdyby nie jej drugi mąż. 

Mężczyzna zauważył podejrzane zachowania żony. Niekiedy działała jak automat oddzielony od niego niewidzialną ścianą. Aby się przebić przez tę zaporę, mąż poddał Candy hipnozie i wydobył z niej największy sekret Agencji, a mianowicie informacje o programie sterowania ludźmi, "ludzkimi zombi", za pomocą narkotyków i hipnozy.

Kiedy w 1978 roku dziennikarz Donald Bain wydał książkę "Control of Candy Jones", szefowie CIA wpadli w popłoch. Grunt pod nogami palił im się coraz bardziej, w miarę jak Bain wydawał poszerzone wersje książki. Amerykanie dowiedzieli się o ponurych praktykach Agencji, w tym o supertajnym projekcie MK-Ultra.

Chodziło o wytresowanie szpiegów zdolnych wykonywać polecenia pod wpływem narkotyków i hipnozy. Rolę "operatorów" czy też "treserów" powierzano najbardziej zaufanym oficerom CIA. Ofiarą nieludzkich praktyk padła w latach 50. i 60. XX wieku wspomniana kobieta.

Modelka Candy Jones

Urodziła się w 1925 roku i naprawdę nazywała się Jessica Wilcox. Za ojca miała ponoć przystojnego Polaka, jej matka wywodziła się z rodziny anglosaskiej. Tatuś nie przepadał za pracą, kochał za to kobiety. Z jedną poszedł w siną dal, gdy Jessie miała ledwie 3 lata.

Bieda w domu była taka, że matka zabrała dzieciaka i pojechała do mieszkającej w Pensylwanii babci dziewczynki. Jessica była bardzo samotna. Nie miała koleżanek i kolegów, nie mogła ich spraszać do domu, matka uznała bowiem, że nie będzie sprzątać po dzieciakach. W reakcji na samotność mała uciekała w świat fantazji, zmyślonych postaci i zdarzeń.

Jessica wykształciła w sobie coś w rodzaju autohipnozy, pozwalającej jej obejść zakaz goszczenia w domu swoich rówieśników. Siadała przed lustrem i rozmawiała z koleżankami i kolegami. Zapraszała Dorothy, Willy, Pansy i Arlene. Ta ostatnia była najważniejsza, stanowiła jej lustrzane alter ego. 

Matka nie zawracała sobie głowy tym, co robiła córeczka, albo nie widziała w jej zachowaniu nic niezwykłego. Nie miała zresztą czasu zajmować się dzieckiem, bo musiała zarabiać na chleb. U Jessiki granica między światem realnym a wymyślonym stopniowo zaczęła się zacierać. 

Krok do wielkiego świata

Nie przeszkodziło jej to sprawnie funkcjonować w rzeczywistości, skoro w 1941 roku wzięła udział w konkursie Miss Atlantic City. Wpadła w oko kilku jurorom, którzy w nagrodę ściągnęli ją do konkursu Miss America. To było coś! Przedsionek sławy, przyjęć, pięknych kreacji, wpływowych ludzi, którzy mogli jej pomóc w karierze. A Jessica marzyła o pracy na wybiegu. Dobrze zaczęła, bo poznała Johna Powersa, właściciela agencji modelek.

Na jego zaproszenie przyjechała do Nowego Jorku, ale mężczyźnie bardziej chodziło o wdzięki dziewczyny niż o jej promowanie. A ponieważ Jessica sprzeciwiła się załatwianiu spraw przez łóżko, to i na wymarzoną pracę musiała poczekać.  

Okazja nadarzyła się wkrótce potem, gdy na jednym z przyjęć poznała Harry’ego Conovera. Też był szefem agencji modelek. Facet stracił dla niej głowę, szybko się oświadczył i zostali małżeństwem. Wtedy Jessica Wilcox stała się Candy Jones. 

Tak zaczęła się jej wielka kariera. Pokazy mody w największych miastach, przyjęcia, spotkania, podróże. Niebawem Candy spoglądała z billboardów w całej Ameryce.

Za namową przyjaciół w 1944 roku Candy podpisała kontrakt na występy dla żołnierzy amerykańskich przebywających poza granicami kraju. Było w dobrym tonie odwiedzać chłopców walczących w odległych zakątkach świata. Patriotyczna postawa zaprocentowała w przyszłości.

Piękność i generał

Podczas jednej z zagranicznych wypraw Candy Jones dotarła do Azji. Piękna modelka poznała tam nie byle kogo, bo gen. Williama J. Donovana, szefa Biura Służb Strategicznych (OSS), czyli służby wywiadowczej będącej protoplastą CIA. Jones nie miała pojęcia, że OSS poza działaniami szpiegowskimi prowadziła też badania naukowe na użytek armii. Oczywiście szczegółów nie poznała, były tajne.

W kwietniu 1945 roku, wracając samolotem z Australii, modelka przeżyła nieprzyjemną przygodę. Zatruła się czymś, co zjadła. Nie doleciała do USA, wysadzono ją podczas międzylądowania na Filipinach. Trafiła do szpitala w Leyte. Medycy uznali, że Candy dopadła malaria. Podawano jej leki, ale poza internistami zainteresował się nią również wojskowy lekarz psychiatra Gilbert Jensen. Tak się przynajmniej przedstawił. Nie wiadomo, czy było to jego prawdziwe nazwisko, ale spotkanie z lekarzem miało ogromny wpływ na późniejsze losy modelki. 

Candy szybko doszła do siebie i wróciła do Ameryki. Z czasem praca na wybiegu przestała ją satysfakcjonować, więc zaczęła występować w programach radiowych. Wciąż była w drodze i któregoś dnia trafiła do Chicago. Zamieszkała w hotelu Drake. Po kolacji Candy poczuła się tak, jak podczas przymusowego pobytu na Filipinach: dopadły ją dreszcze, gorączka. Wtedy wróciły do niej słowa dra Jensena, który mówił modelce w Leyte: Pokonasz malarię, ale choroba może mieć nawroty.

Przerażona Candy nie chciała czekać, aż temperatura opadnie sama, zadzwoniła na recepcję z prośbą, by przysłano jej lekarza. Po kilku minutach odebrała telefon. Mężczyzna przedstawił się jako Marshall Burger. Mówił, że jest psychiatrą i rozmowa z nim jej pomoże. Najbardziej zdumiewający był finał tej telefonicznej porady lekarskiej, gdy Burger oznajmił dziewczynie, by się nie martwiła, bo za chwilę jej dolegliwości ustąpią i zaśnie jak niemowlę... I tak się stało. Rankiem Candy wstała jak skowronek, zjadła śniadanie, pojechała na lotnisko i po niecałych 2 godzinach była w Nowym Jorku. Nie wiedziała, że ulgę przyniósł jej seans hipnotyczny, przeprowadzony na odległość.

Pętla wokół Candy

Marshall Burger nie powiedział jej wówczas, że jego specjalnością były badania nad zastosowaniem hipnozy do kontroli zachowań ludzi. Co więcej, to Burger szkolił instruktorów, przygotowując ich do eksperymentów, a jednym z jego kursantów był znany już Candy specjalista z Filipin, psychiatra Gilbert Jensen. Z czasem ten mężczyzna stał się szefem grupy agentów, którzy na zlecenie CIA wykonywali zadania pod wpływem narkotyków i hipnozy. Candy również dołączyła do grona tego typu szpiegów, nic o tym nie wiedząc.

Agencja zacieśniała krąg wokół modelki. Podróżując głównie po Ameryce, kobieta nie miała pojęcia, jaką rolę szykuje dla niej CIA. Zdarzenia, które wydawały się jej przypadkowe, były w istocie pasmem starannie zaplanowanych działań. 

Tak było np. w 1960 roku, gdy Candy "przypadkowo" spotkała gen. Donovana w nowojorskim budynku, w którym mieściło się biuro jej agencji modelek. Po spotkaniu nastąpiły kolejne, zaproszenia na kawę, lunch itp. Generał był szarmancki wobec niej i Candy nie zdziwiła się, gdy w październiku 1960 roku poprosił, by zabrała list dla znajomego, wiedząc, że Candy wybiera się do Kalifornii.

- On przyjdzie do twojego hotelu w San Francisco, oddaj mu list i przekaż pozdrowienia ode mnie - rzucił na odchodne generał.

Rankiem 16 listopada 1960 roku ktoś zapukał do drzwi pokoju Candy. Na progu stał nie kto inny, tylko... Jensen, znajomy lekarz z Filipin. Jones wręczyła mu przesyłkę, jednak on nie chciał przyjąć listu. Złożył jej za to propozycję: poprosił, by Candy przyjechała do jego kliniki w Oakland, gdzie mieli dobić targu. Chodziło o wykonanie przez modelkę zadania, za co zaoferowano jej sowitą zapłatę.

Candy była zaskoczona, nie miała pojęcia, o jakie zlecenie może chodzić. Ale możliwość zarobienia sporych pieniędzy rozpaliła jej wyobraźnię. W tamtym czasie kobieta miała trzech synów, była po rozwodzie, na dodatek jej firma nie prosperowała najlepiej. Zaoferowana kwota okazała się przekonująca. 

Następnego dnia Jones stanęła przed niewielkim budynkiem w Oakland. Wprawdzie nie zauważyła tabliczki z informacją o klinice dra Jensena, ale postanowiła wejść do środka.

Dowiedz się więcej na temat: MK Ultra | CIA | LSD

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje