30 ucieczek Zdzisława Najmrodzkiego

Polonezy czas zacząć!

Kolejnym obszarem socjalistycznego luksusu, który Najmrodzki zaczął systematycznie zubażać, był ściśle reglamentowany rynek samochodów rodzimej produkcji. Marzeniem każdego bardziej majętnego Polaka był wówczas sztandarowy produkt fabryki na Żeraniu, czyli FSO Polonez. Zaprojektowany przez włoskich stylistów, pozwalał rozpędzić się do 150 km/h i zachwycał bogatym, jak na tamte czasy, wyposażeniem wnętrza.

Reklama

Nie wszystkim szczęśliwcom dane było jednak się nim długo cieszyć. Szajka "Saszłyka" wyszukiwała pojazdy i  kradła je, wyjmując uprzednio uszczelkę spod tylnej szyby i w ten sposób dostając się do wnętrza.

Zdobyte w ten sposób polonezy zyskiwały "drugie życie" dzięki kompletowi nielegalnie zdobytych blankietów dokumentów i pieczątek.

Następnie, po przebiciu numerów, były sprzedawane na giełdach w  całej Polsce. To była prawdziwa żyła złota! Proceder ten rozwścieczył podobno samego ministra Kiszczaka. Zorganizowano specjalną grupę operacyjną pod kryptonimem "Polonez" i rozpoczęto zakrojoną na szeroką skalę obławę. W 1983 roku zakończyła się ona sukcesem: Najmrodzkiego złapano i osadzono w pilnie strzeżonym warszawskim areszcie przy Rakowieckiej.

Stamtąd uciec nie mógł, ale... okazja trafiła się 11  miesięcy później. Przewieziony na przesłuchanie do pałacu Mostowskich, ogłuszył w  ciemnym korytarzu eskortującego go milicjanta, zabrał mu legitymację, przebrał się w jego mundur i - machając przed nosem dyżurnemu podoficerowi przy drzwiach świeżo zdobytą przepustką na wolność - spokojnie wyszedł na ulicę...

Numer życia

Kolejny raz aresztowano go dopiero trzy lata później. Skazany w 1987 roku na karę 15 lat więzienia, został ponownie osadzony - choć trudno w to uwierzyć - w zakładzie karnym w Gliwicach. Nie trzeba chyba dodawać, że następna ucieczka była tylko kwestią czasu. Tym razem jednak została przygotowana jak w  amerykańskim filmie sensacyjnym. Matka Zdzisława, Sabina, przeprowadziła fachowe rozpoznanie terenu i sprowadziła do Gliwic emerytowanego górnika Kazimierza Ożoga.

Ten w  ciągu kilku miesięcy wykopał tunel, prowadzący z piwnic miejscowej szkoły pod więzienny spacerniak. Ziemia z wykopu została ukradkiem wyniesiona, a wylot tunelu - nad którym znajdowała się tylko cienka warstwa ziemi - profesjonalnie podstemplowany. Któryś z przekupionych strażników zawiesił nad nim kawałek blachy, aby oznaczyć drogę ucieczki. I wszystko przebiegło zgodnie z planem!

Trzeciego września 1989 roku Najmrodzki podczas pobytu na spacerniaku zbliżył się do muru, popatrzył w górę, zrobił dwa kroki w bok, a następnie podskoczył i... zapadł się pod ziemię, znikając z oczu zdumionych strażników! Zanim minęło ich osłupienie, zdążył już przedostać się do szkolnej piwnicy, stamtąd na ulicę i podstawionym motocyklem do przygotowanego wcześniej mieszkania. W celi pozostawił dla naczelnika więzienia podziękowania za dwuletnią "troskliwą opiekę".

To, według milicyjnych statystyk, była jego 29. ucieczka. Niestety, ta przerwa w odbywaniu kary nie trwała długo. Już kilka miesięcy później po pijanemu rozbił w Krakowie prowadzony przez siebie samochód i ponownie wpadł w ręce milicji, która ucieszyła się również z faktu, że tym samym autem jechał Kazimierz Ożóg. Skazany na siedem i pół roku pozbawienia wolności "Saszłyk" poszedł siedzieć - wyjątkowo do zakładu w Strzelcach Opolskich.

Syn marnotrawny z więzienia o zaostrzonym rygorze nie było tak łatwo uciec, więc król złodziei miał dużo czasu na rozmyślania. Ich efektem był nie tylko własnoręcznie napisany tomik wierszy, ale i przekonanie, że przestępcą stał się "za komuny",
a w obecnej sytuacji społeczno-politycznej (był początek lat 90.) ma szansę stać się uczciwym człowiekiem. Udało mu się przekonać do tej argumentacji samego prezydenta Wałęsę, który ułaskawił go w roku 1994.

Czy Najmrodzkiemu powiodła się najważniejsza, trzydziesta ucieczka w jego życiu: od swojej kryminalnej przeszłości?

Niestety nie! W sierpniu 1995 roku policja została wezwana do tragicznego wypadku drogowego w okolicach Nidzicy w  Warmińsko-Mazurskiem. Jadące z  ogromną prędkością BMW wyleciało z  zakrętu i zderzyło się czołowo z nadjeżdżającą ciężarówką. Śmierć ponieśli wszyscy jadący samochodem osobowym: 41-letni kierowca oraz dwóch chłopców w  wieku 12 i 14 lat.

Już wkrótce, po rozpoznaniu zmasakrowanych zwłok, okazało się, że za kierownicą siedział nie kto inny, jak Zdzisław Najmrodzki. W kieszeni miał dowód na fałszywe nazwisko, BMW było kradzione, a tablice rejestracyjne podrobione. Synów znajomego zabrał "na przejażdżkę". Nie wrócił z niej nikt...        

Dowiedz się więcej na temat: Zdzisław Najmrodzki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje