Reklama

  •  

    "Strzelec" - egzekutor z Wrocławia

Przez wiele miesięcy stolicę Dolnego Śląska terroryzował morderca. Jego ofiarami padały niewinne, przypadkowe osoby. Mimo wysiłków milicji "Strzelec" pozostawał nieuchwytny.

Zdjęcie

 /Śledztwo
/Śledztwo
Ten poniedziałek, 26 listopada 1956 roku, nie wydawał się Nikodemowi Brykowskiemu, 42-letniemu kierownikowi budowy, w jakiś sposób odmienny od innych dni pracy. Od ponad miesiąca przez 12 godzin nadzorował budowę jednego z wrocławskich osiedli. Kilka minut po godzinie osiemnastej skończył zmianę. Zmęczenie dawało mu się we znaki, toteż postanowił zrelaksować się przy swojej ulubionej budce z piwem, co czasem czynił. Po wypiciu złocistego trunku ruszył w kierunku domu... Jednak nigdy tam nie dotarł.

Zastrzelony przed domem

Reklama

Około godziny dwudziestej jeden z sąsiadów Brykowskiego, Łukasz P., zauważył go leżącego na chodniku przed wejściem do klatki schodowej i natychmiast zadzwonił po pogotowie. Mimo iż karetka dotarła na miejsce w ciągu zaledwie kilku minut, mężczyzny nie udało się uratować. Początkowo przypuszczano, że zmarł on z przyczyn naturalnych - zawał serca. Dopiero dokładne oględziny jego ciała ujawniły ranę postrzałową klatki piersiowej. Sekcja zwłok denata wykazała, że pocisk uszkodził mięsień sercowy, aortę i płuco.

Zabójstwo Brykowskiego zszokowało jego sąsiadów. Wielu podejrzewało, że padł on ofiarą szaleńca, który znów zaatakuje. Milicja oczywiście rozpoczęła dochodzenie, ale nie miała żadnego punktu zaczepienia. Zapowiadało się długie i zarazem trudne śledztwo. Na miejscu zdarzenia zabezpieczono fragmenty pocisków i łuski, ale te dowody nie wystarczały, aby zidentyfikować tajemniczego strzelca.

Wstępnie przyjęto, że motywem zbrodni były przestępcze porachunki lub rabunek. Jednak obie wersje nie potwierdziły się. Denat posiadał przy sobie wszystkie dokumenty i gotówkę (choć brakowało jego zegarka), a przesłuchiwani świadkowie zgodnie twierdzili: Był to wspaniały człowiek. Życzliwy, pomocny, na pewno nie miał żadnych wrogów, wszyscy go lubili. Współpracownicy zapewniali, że Nikodem nie zadawał się z ludźmi z przestępczego półświatka.

Śledztwo przyniosło jednak bardzo istotne ustalenie: zabójstwo Nikodema Brykowskiego zostało starannie przygotowane. Jak wynikało z zeznań przesłuchiwanych świadków, krótko przed godziną dziewiętnastą w bramie budynku naprzeciwko mieszkania ofiary zgasło światło. Świadczyło to o tym, że sprawca chciał zapewnić sobie jak najlepsze warunki planowanego zamachu. Nikt nie słyszał huku i funkcjonariusze przypuszczali, że zabójca strzelał z broni wyposażonej w tłumik. Kilka osób zeznało również, że owego wieczoru po godzinie dziewiętnastej widziało wychodzącego z bramy mężczyznę w średnim wieku. Ubrany był w ciemną kurtkę, spodnie typu bryczesy i buty z cholewami. Niestety, w związku z panującym na ulicy półmrokiem świadkowie nie potrafili dokładniej opisać jego wyglądu. Jeden pamiętał tylko, że miał on krótko strzyżony wąsik. Przeprowadzona na potrzeby śledztwa wizja lokalna potwierdziła przyjęty przez milicję przebieg wydarzeń. Jednak zarówno sprawca, jak i motyw zbrodni pozostawały nieznane.

Miesiąc po zabójstwie kierownika budowy jeden z jego sąsiadów znalazł w skrzynce na listy anonim, do którego dołączono łuskę pocisku kal. 5,6 mm. List zawierał wyrok śmierci, który, jak zaznaczył nieznany autor, zapadł w sprawie Nikodema Brykowskiego 20 listopada. "Wyrok śmierci zapadł (...) zostanie wykonany 26 listopada o godzinie 19 poprzez zastrzelenie" - informowało pismo.

Milicja nie miała wątpliwości, że anonim napisał zabójca. Pracownicy Zakładu Kryminalistyki Komendy Głównej MO porównali łuskę przesłaną przez autora listu z pociskiem, który wydobyto z ciała ofiary. Analiza wykazała, że zarówno łuska, jak i pocisk pochodziły z naboi kal. 5,6 mm. Bronią, jaką najprawdopodobniej posługiwał się morderca, był pistolet małokalibrowy. Badania daktyloskopijne łuski nie przyniosły rezultatu.

Funkcjonariusze przyjęli, że motywem działania tajemniczego strzelca były jakieś porachunki prywatne. Pomimo kilkumiesięcznego śledztwa nie udało się wpaść na jego trop, dlatego sprawę umorzono.

Kolejny wyrok

Przez ponad miesiąc od śmierci Nikodema Brykowskiego nie działo się nic szczególnego. Ale już 9 stycznia 1957 roku mieszkańcami Wrocławia wstrząsnęło kolejne zabójstwo. Tym razem ofiarą padł 30-letni inżynier Bolesław Dębicki. Mężczyzna wraz z żoną i pięcioletnim synem mieszkał w dzielnicy willowej na peryferiach miasta. W dniu zabójstwa małżonkowie spędzili wieczór w jednej z restauracji, gdzie świętowali siódmą rocznicę zawarcia związku małżeńskiego.

Około godziny dwudziestej pierwszej państwo Dębiccy wrócili taksówką do domu. Marzena poszła do domu, a Bolesław udał się do mieszkającej w sąsiedztwie matki, aby odebrać synka, którego zostawili jej pod opieką.

Tuż przed dwudziestą drugą pani Dębicka usłyszała huk oraz głośny płacz dziecka. Zaniepokojona wybiegła przed dom. W ciemności spostrzegła sylwetkę uciekającego mężczyzny. Rzuciła się za nim w pościg, lecz on nagle stanął, spojrzał na nią i powiedział: "Wyrok śmierci wykonałem", po czym pobiegł w głąb ulicy. Kobieta, słysząc coraz bardziej przeraźliwy krzyk syna, zawróciła.

Przed drzwiami garażu położonego na terenie posesji leżał nieprzytomny mąż Marzeny, tuż obok stał syn Patryk.

- Mój tatuś, mój tatuś - szlochało dziecko.

Kwadrans po godzinie dwudziestej drugiej jedna z mieszkanek osiedla Borek zadzwoniła po pogotowie. Dyspozytorka nie zdążyła wysłać jeszcze karetki w ten rejon, gdy odebrała kolejny telefon.

- Zabili mi męża, ktoś do niego strzelił! Przyjeżdżajcie, szybko!

Pod wskazany przez rozmówczynię adres skierowano karetkę. Przybyły na miejsce zdarzenia lekarz stwierdził zgon mężczyzny.

Artykuł pochodzi z kategorii: Ciekawostki

Zobacz również

  • Apartheid, czyli biali zawsze górą

    - Już pod koniec lat 70. XX w. rząd południowoafrykański starał się znaleźć alternatywę dla apartheidu. Uznano, że tak dalej żyć się nie da. Bynajmniej nie dlatego, że uważano, iż... więcej

  • Oceń tekst

    Ocen: 32

Reklama

Wasze komentarze (19)

Dodaj komentarz

bezsensowna "beletrystyka"

~Helmut -

Idiotyzmy pelna geba. Po pierwsze w 1956 roku nie ogladano telewizji. We Wroclawiu nikt prawie nie mial telewizora. Po drugie, nie ma ulicy Kurniczej.... inne "niescislosci".... az nie warto pisac. Domorosly pisattiel sie znalazl.

Ciekawostka - socjalizm w pełni a gość bez pracy

~R -

Rzuca to ciekawe światło na realia "realnego socjalizmu" i te legendy, że "za komuny każdy miał pracę". Słyszałem też, że w KC była tajna komórka zajmująca się kontrolą bezrobocia w kraju. Ale oficjalnie go nie było.

a co by sie stało gdyby go nie powiesili ???

~www -

wyszedłby po 25 latach najpóźniej i dalej by robił to samo wiec czy w ramach ochrony zycia innych nie nalezy karac smiercia ???? ewentualnie dożywocie jak mozna być pewnym ze nigdy nie wyjadzie na wolność.

Dodaj komentarz