Reklama

  •  

    Nie chciał, ale zabił

Na posesję Mariana Kowalczyka wtargnął nocą zamaskowany napastnik. Przerażony gospodarz, aby odeprzeć zamach, użył broni palnej. Śmiertelnie zranił intruza. Twierdził, że musiał tak postąpić.

Zdjęcie

 /Śledztwo
/Śledztwo
W piątkowe popołudnie 2 września 2005 roku grupka młodych ludzi postanowiła hucznie pożegnać kończące się właśnie wakacje i równocześnie powitać nadchodzący rok szkolny. Większość z nich miała rozpocząć naukę w ostatniej klasie liceum i za kilka miesięcy zdawać maturę.

Impreza na koniec wakacji

Reklama

Zbliżający się egzamin dojrzałości bardzo stresował przyszłych abiturientów, dlatego chcieli dobrze wykorzystać ostatnie wolne dni. Wszyscy mieszkali w Skórzewie, niewielkiej miejscowości w pobliżu Poznania. Około godziny 17 spotkali się w domu 18-letniego Sebastiana Izdebskiego. Oprócz gospodarza obecnych było trzech chłopaków i koleżanka Agnieszka Wybicka.

Zamknęli się w jednym z pokoi i przez kilka godzin opowiadali o tym, co robili przez minione wakacyjne miesiące, chwalili się swoimi podbojami miłosnymi, a także rozważali plany na następne lata. Niedługo przecież mieli rozpocząć dorosłe życie na własny rachunek. Rozmowę urozmaicali mocnymi trunkami, których sporo spożyli. W sumie wypili dwie butelki wódki o pojemności 0,75 litra i jedną "połówkę". Nic więc dziwnego, że wkrótce zaszumiało im w głowach.

Młodzi ludzie sporo czasu poświęcili również na gorączkową dyskusję o zdarzeniu, które zaszło kilka godzin wcześniej. Marian Kowalczyk, mieszkaniec Skórzewa i ojciec jednego z uczniów, zadzwonił do rodziców każdego z obecnych na imprezie chłopaków z pretensjami. Twierdził, że ci na szkolnym boisku pobili jego syna. Skontaktował się także z matką Sebastiana, choć ten nie miał nic wspólnego z tym incydentem, jedynie przypadkowo widział bójkę.

Kowalczyk był jednak mocno wzburzony i podczas rozmowy z kobietą dosadnymi słowami ocenił zachowanie sprawców pobicia. Krystyna Izdebska - nauczycielka z wieloletnim doświadczeniem pedagogicznym - zbeształa syna i jego kolegów. Nastolatki czuły żal do mężczyzny o te telefony, ale nikt nie spodziewał się, że te oskarżenia przyczynią się do tragedii.

Zdjęcie

Byli już mocno pijani, ale starali się zachowywać cicho... /Śledztwo
Byli już mocno pijani, ale starali się zachowywać cicho...
/Śledztwo
Około północy uczestnicy prywatki zauważyli, że zabrakło im papierosów. Wyszli całą grupką z domu i ruszyli w kierunku sklepu nocnego. Byli już mocno pijani, ale starali się zachowywać cicho, aby nie zwracać na siebie uwagi mieszkańców okolicznych domów. Zamierzali jedynie zrobić zakupy i wrócić, aby kontynuować zabawę. Lecz raptem Sebastian zmienił plany.

- Idźcie dalej sami. Ja zaraz wrócę! - krzyknął do przyjaciół. Zaskoczył ich tym nagłym postanowieniem, ale nie zareagowali. Poza jednym chłopakiem.

- Domyśliłem się, że pobiegł w kierunku domu Mariana Kowalczyka - powiedział podczas późniejszych przesłuchań Wojciech Dolina, który jako jedyny próbował powstrzymać kolegę. - Wołałem: "Wracaj! Daj spokój! Nie rób nic głupiego!", ale bez skutku.

Grupka imprezowiczów stała na ulicy i nasłuchiwała, niepewna, co się teraz stanie. Przez dłuższą chwilę panowała głucha cisza. I nagle z oddali dobiegł brzęk rozbijanej szyby, a zaraz po tym huk trzech wystrzałów. Nastolatki zamarły z przerażenia. Bardzo szybko zaczęły do nich docierać krzyki zdenerwowanych ludzi. Chłopcy przez jakiś czas czekali jeszcze na Sebastiana, ale ich kolega się nie pojawił. Próbowali więc dodzwonić się na jego telefon komórkowy, bez skutku.

Pełni najgorszych przeczuć pobiegli pod dom Kowalczyka, pod którym zbierali się już gapie. Pojawiła się również policja. Wśród mieszkańców Skórzewa błyskawicznie rozeszła się wiadomość, że Kowalczyk kogoś postrzelił. Uczestnicy prywatki ze zgrozą uświadomili sobie, że musiał być to Sebastian.

Nazajutrz dowiedzieli się, że ich kolega zginął.

Nieproszony gość

Gdy młodzi ludzie szli do sklepu, 46-letni wówczas Marian Kowalczyk przebywał w domu. Jego żona Teresa i najmłodszy z synów spali już w swoich pokojach, a dwaj starsi wyszli do znajomych. Mężczyzna, będący z zawodu geodetą, na co dzień ciężko pracował. Zazwyczaj nie miał nawet czasu na obejrzenie ciekawego filmu.

Tego wieczoru w spokoju oglądał telewizję, gdy tuż przed północą usłyszał trzaśnięcie furtki, którą wchodziło się na teren jego posesji. Każdy mógł bez trudu ją otworzyć, ponieważ zamek był popsuty. Ktoś wbiegł schodami na ganek i zaczął walić w drzwi wejściowe - zewnętrzne, szklane, spełniające rolę wiatrołapu. Intruz uderzał w nie z taką siłą, że szyba się rozbiła.

- Wystraszyłem się. Myślałem, że to napad - tłumaczył później Kowalczyk.

W pierwszym odruchu mężczyzna chciał wezwać policję, ale, mocno zdenerwowany, nie mógł po omacku znaleźć telefonu, a lampę bał się zapalić. Dlatego udał się do gabinetu. Tam z kasy pancernej wyjął pistolet. Wziął też magazynek z ostrymi nabojami. Idąc przez hol, załadował broń. Dopiero wtedy otworzył główne, drewniane drzwi.

Na dworze było bardzo ciemno. Uliczne latarnie nie paliły się, a kinkiety z wnętrza domu jedynie w niewielkim stopniu rozpraszały mrok na zewnątrz budynku. Kowalczyk zobaczył sylwetkę człowieka, który stał na zewnątrz i wymachiwał rękoma. Nie mógł dostrzec jego twarzy, tym bardziej, że intruz na głowie miał założony kaptur od bluzy.

- Cofnąłem się nieco. Krzyknąłem: "Stój, bo strzelam!" - relacjonował mężczyzna przebieg tragicznych wydarzeń.

Artykuł pochodzi z kategorii: Ciekawostki

Zobacz również

  • Apartheid, czyli biali zawsze górą

    - Już pod koniec lat 70. XX w. rząd południowoafrykański starał się znaleźć alternatywę dla apartheidu. Uznano, że tak dalej żyć się nie da. Bynajmniej nie dlatego, że uważano, iż... więcej

  • Oceń tekst

    Ocen: 64

Reklama

Wasze komentarze (82)

Dodaj komentarz

To straszne

~INTYMNIE51 -

Ludzie jakie wy głupoty piszecie!! Kto wychodzi z bronią, jeżeli w nocy ktoś dobija się do drzwi? Jeżeli w ciemności mógł znaleźć schowek z bronią ,to mógł też znaleźć telefon i zadzwonić na policję! A nie zaraz strzelać!!!

TO BYŁO NORMALNE ZABÓJSTWO

~ojciec -

TO BULWERSUJĄCA SPRAWA. Niech mówi kto chce, co chce, ale to było zwyczajne zabójstwo. Ten cały gospodarz, to psychopatą ze spluwą. Strzelał celnie, żeby pp zabić i po to załatwił sobie broń. Była "okazja". Nie było zagrożenia jego życia ze strony pijanego młodziana za drzwiami. Mógł strzelić nisko, żeby trafić w nogi. Ten kowboj ze spluwą, powinien być sądzony za zabójstwo i ponieść zasłużony wyrok. Na miejscu rodzicow zabitego chłopaka nie odpuścił bym nigdy tej sprawy.

~tom123 -

a kiedy gosodarz miał się dowiedzieć że napastnik jest groźny i ma broń jak by on padał zabity lub ranny na ziemie? Wlazł palant na czyjąś własność zachowywał się jak zbój nie reagował na polecenia to ma problem i tak powinno być w Polsce.

~tomek -

Chyba tak naprawde niebardzo wiecie o czym mowicie Ludzie.Chyba zadne z Was tego nie przezylo nigdy.Mialem kiedys podobna sytuacje.A w domu dzieci i zona.Zaluje,ze nie mialem wtedy pistoletu.Niech ocenia i wyraza opinie ten co przezyl cos takiego.Tylko wtedy mozna miec trzezwy poglada na taka sytuacje.

Dodaj komentarz