Reklama

Marian Karpacz jest człowiekiem bardzo majętnym. Jednak nie przywiązywał zbytniej wagi do ochrony. Wykorzystali to bandyci, którzy przygotowali na biznesmena zasadzkę.

Zdjęcie

 /INTERIA.PL
/INTERIA.PL
Był wtorkowy wieczór 16 stycznia 2007 roku. Jadwiga Karpacz przebywała w swoim domu, gdy zadzwonił jej telefon komórkowy. Odebrała z uśmiechem, bo na wyświetlaczu zobaczyła, kto chce się z nią skontaktować. Ku swemu zaskoczeniu w słuchawce usłyszała przerażony głos męża. Marian Karpacz powiedział, że został uprowadzony przez uzbrojonych mężczyzn. Przekazał też pierwsze polecenie od porywaczy i rozłączył się. W słuchawce zapadła upiorna cisza.

Kobieta przez dłuższą chwilę stała oszołomiona. Patrzyła na telefon, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszała. Szybko jednak odzyskała zimną krew. Zdała sobie sprawę, że musi działać, i to bezzwłocznie, aby ratować męża. Postanowiła natychmiast powiadomić o wszystkim policję. W ten sposób rozpoczęło się śledztwo, które zawierało wiele elementów znanych z gangsterskich filmów. Było porwanie, przekazanie okupu, pościg za bandytami i miliony złotych w porzuconej torbie.

Feralna partia tenisa

Reklama

Pomimo natłoku rozmaitych obowiązków, licznych spotkań z kontrahentami i pilnowania terminów Marian Karpacz miał jedną słabość, z której nigdy nie rezygnował. Biznesmen, zamożny współwłaściciel dużej firmy produkującej kostkę brukową, lubił sport i codziennie, bez względu na pogodę i porę roku, rozgrywał kilka setów w tenisa na kortach AZS-u przy ulicy Pułaskiego w centrum Poznania. Nie inaczej było tamtego dnia.

Zdjęcie

Rys. Włodzimierz Bludnik /Śledztwo
Rys. Włodzimierz Bludnik
/Śledztwo
W ośrodku sportowym przedsiębiorca pojawił się około godziny 18. Zaparkował swojego bentleya i ruszył na kort. Grał przez dwie godziny, a potem wziął prysznic i podążył na parking. Na dworze panowały już ciemności. Mężczyzna jednak nie czuł żadnych obaw i spokojnie szedł do swego samochodu. Nie zaniepokoił się nawet wówczas, gdy zauważył stojącego przy furtce potężnie zbudowanego mężczyznę. Kiedy się mijali, tamten niespodziewanie zaatakował. Niemal równocześnie z zaparkowanej nieopodal białej furgonetki wyskoczył drugi napastnik i razem złapali Karpacza wpół. Wrzucili go do samochodu, prowadzonego przez trzeciego bandytę. Biznesmen był wysportowanym człowiekiem i stawiał zaciekły opór. Głośno wzywał też pomocy. Szamotanina trwała przez dłuższą chwilę.

W pewnym momencie jeden z bandytów krzyknął: "Zastrzel go!".

- Usłyszałem charakterystyczny odgłos przeładowywania broni i poczułem lufę przystawioną do pleców. Wtedy wystraszyłem się i przestałem walczyć - opowiadał później przedsiębiorca.

Porywacze związali mu ręce i nogi czarną taśmą izolacyjną, a na głowę założyli czapkę. Po chwili furgonetka ruszyła z piskiem opon. Jeszcze tego samego wieczoru żona uprowadzonego biznesmena odebrała pierwszy telefon od bandytów. Przestępcy wydali polecenie, aby z parkingu przy kortach zabrać bentleya Karpacza i odstawić do domu. Zadanie to wykonał syn porwanego, Łukasz.

Piwniczne więzienie

W tym samym czasie Marian Karpacz przebywał już przy ulicy Łużyckiej w Poznaniu, w murowanej piwnicy na terenie posesji, która należała do Grzegorza Janke, jednego z członków bandyckiej szajki. Jak się później okazało, uprowadzony biznesmen spędził w zamknięciu 54 godziny. To była prawdziwa gehenna, zwłaszcza na początku. Karpacz cały czas miał związane ręce i nogi. Nie mógł nawet zdjąć z oczu opaski. Przez pierwszą noc porywacze nie pozwolili mu usiąść, ani nawet oprzeć się o ścianę. Musiał non stop kucać na podłodze. Cierpienia były tym większe, że nie dano mu pić ani nie zezwalano załatwić potrzeby fizjologicznej. Terroryzowano go również psychicznie.

- Gdy któryś z bandytów wchodził do piwnicy, słyszałem, jak przeładowuje broń. Za każdym razem bałem się, że teraz mnie zabiją. Strach był tym większy, że nie informowano mnie, jak przebiegają negocjacje w sprawie okupu - opowiadał mężczyzna.

Jedyne chwile wytchnienia Marian Karpacz miał, gdy porywacze chcieli skontaktować się z jego rodziną. Bandyci wyprowadzali go wtedy z piwnicy, przewozili w inne miejsce, inicjowali połączenie z jego aparatu komórkowego i kazali mówić podaną wcześniej formułkę. Za każdym razem wysłuchiwała jej żona Jadwiga i jako pierwsza poznała żądania przestępców. Były one szokująco wysokie. Za uwolnienie biznesmena domagali się okupu w wysokości dwóch milionów euro i miliona dolarów. Podczas negocjacji ostatecznie zgodzili się na osiem milionów złotych, co i tak pozostaje rekordem w polskiej kryminalistyce.

Jadwiga Karpacz nie chciała jednak ryzykować życia męża. Zgodziła się zapłacić okup, a co więcej, udało się jej zgromadzić tak dużą sumę w ciągu kilkunastu godzin. Pomogli w tym wspólnicy jej męża. Pozostała jeszcze tylko kwestia ustalenia sposobu przekazania pieniędzy i uwolnienia uprowadzonego przedsiębiorcy. Zdołano to uzgodnić w trakcie kilku rozmów przeprowadzonych następnego dnia po porwaniu.

Artykuł pochodzi z kategorii: Ciekawostki

Zobacz również

  • Ugotuj to sam: Sałatka z wątróbką drobiową

    Wątróbka - choć to jedno z podstawowych dań, potrafi być prawdziwym kulinarnym rarytasem. Odpowiednio przyprawiona i przyrządzona to pyszny i przede wszystkim zdrowy smakołyk. więcej

  • Oceń tekst

    Ocen: 6

Reklama

Wasze komentarze (1)

Dodaj komentarz

W zachodnich społeczeństwach jest tak

~Gienek - -

że nie można być bogatym albo bardzo bogatym, w śród społeczeństwa biedoty. Jest takie powiedzenie "które jest obce w śród prymitywów polskich", iż "jak ja mam, muszę zadbać też o to żeby inni mieli, jak ja mam a inni nie mają to ja w krótkim czasie też nie będę miał".

Dodaj komentarz