Reklama

  •  

    Groza i kryminały: Farma śmierci

W jednym z kanadyjskich miast od lat znikały bez śladu młode prostytutki. Nikt się tym nie zajmował, dopóki w gospodarstwie miejscowego hodowcy świń nie znaleziono licznych ludzkich szczątków...

Zdjęcie

Ludzkie szaleństwo różne miewa oblicza... /Śledztwo
Ludzkie szaleństwo różne miewa oblicza...
/Śledztwo
Serena Abotsway miała dwadzieścia dziewięć lat, kiedy zniknęła bez śladu. Była jedną z tysięcy kobiet, które zamieszkiwały Downtown Eastside, najstarszą dzielnicę Vancouver i jednocześnie cieszącą się najgorszą opinią. Miejsce to uważano za siedlisko narkomanów, alfonsów i prostytutek, które przyciągało jak magnes straceńców oraz degeneratów z całego kraju.

Dziewczyna na ulicy

Abotsway należała do tego środowiska, odkąd skończyła siedemnaście lat. To wtedy opuściła dom przybranych rodziców - ludzie ci wspominają ją jako ukochane, ale niełatwe w wychowaniu dziecko. Pochodząca z patologicznej rodziny (jej ojciec zmarł z powodu przedawkowania narkotyków) Serena miała problemy w szkole, z trudnością nawiązywała normalne relacje z rówieśnikami. Jako nastolatka sięgnęła po narkotyki. To za ich sprawą trafiła do Downtown Eastside. To one przyczyniły się do jej makabrycznej śmierci.

Reklama

Serena wychowała się na najbiedniejszych ulicach Vancouver, tam właśnie pobierała trudne lekcje życia. Nałóg zmusił ją do prostytucji, bo nie potrafiła w inny sposób zdobyć pieniędzy. Wtopiła się w tłum podobnych sobie nieszczęśników z Downtown Eastside, ale wciąż tliła się w niej iskierka nadziei na odmianę losu.

- Była inna, wierzyła, że może coś jeszcze zmienić - mówili potem jej znajomi.

Mimo życiorysu, który złamałby niejednego silnego faceta, Serena wciąż zachowywała się jak dziecko. Bywała radosna, uczynna, czasami wręcz naiwna. Choć sama wymagała pomocy, często decydowała się pomagać innym, jeszcze bardziej potrzebującym, w akcjach organizowanych przez miejscowy kościół. Na zdjęciach, które obiegły prasę - mimo że zniszczona przez narkotyki - rzeczywiście wyglądała jak dziewczynka, a nie kobieta, która spędziła kilkanaście lat na ulicy.

Serena opuściła przybranych rodziców, ale utrzymywała z nimi stały kontakt. Dzwoniła codziennie, choćby po to tylko, aby zamienić kilka słów i zapewnić, że u niej wszystko w porządku. Pewnego dnia jednak nie zadzwoniła. Następnego też nie.

Milczenie przedłużało się. W końcu policja poinformowała oficjalnie, że Serena Abotsway zaginęła - w sierpniu 2001 roku. Następna wiadomość okazała się jeszcze gorsza: Serena nie żyje.

Teren łowiecki

Pierwsze kobiety zaczęły znikać w Vancouver dwie dekady wcześniej. Wszystkie mieszkały i pracowały w Downtown Eastside. To jedna z głównych przyczyn braku rozgłosu wokół tych zaginięć, mimo że chodziło nawet o kilka przypadków rocznie. Jak słusznie zauważają komentujący tę sytuację obserwatorzy, gdyby w podobny sposób zawieruszały się bez śladu mieszkanki innej, bogatszej dzielnicy, sprawa natychmiast zostałaby uznana przez policję za priorytetową i trafiłaby na pierwsze strony gazet.

Nie stało się tak ze względu na specyficzne realia panujące w DTES (tak nazywane jest w skrócie Downtown Eastside). Większość mieszkańców tej najbiedniejszej dzielnicy Vancouver to przyjezdni: imigranci oraz kryminaliści i narkomani przybyli ze wszystkich zakątków Kanady. Jak podają statystyki, tubylcy stanowią zaledwie dziesięć procent liczącej około szesnastu tysięcy populacji. Reszta to różnego rodzaju niespokojne dusze, które pojawiają się i znikają, nikomu się z tego nie tłumacząc.

Na hasło Downtown Eastside większość osób, które zna ten teren, odpowiada odzewem: ubóstwo, heroina, amfetamina, kokaina, prostytucja, HIV. Okolica jest wprost zalana przez narkotyki i narkomanów, z których większość handluje dragami, aby zarobić na kolejną działkę. Problem jest na tyle duży, że w 2003 roku władze miasta zdecydowały się utworzyć specjalną stację - pierwszą tego typu w Ameryce Północnej - w której uzależnieni mogą aplikować sobie narkotyki, korzystając ze sterylnych igieł i pozostając pod profesjonalną opieką medyczną. Ma to na celu ograniczenie rozprzestrzeniania się wirusa HIV oraz nagminnych na tym obszarze przedawkowań, prowadzących do śmierci.

Morderca nie mógł wybrać lepszej okolicy na swój teren łowiecki. Ofiary - przeważnie uzależnione od narkotyków prostytutki - były nie tylko bezbronne, ale także, w większości przypadków, odcięte od rodziny, przyjaciół, trzymające się na uboczu "normalnego" świata.

Policjanci, których po zatrzymaniu Roberta Picktona oskarżano o popełnienie wielu rażących błędów podczas śledztwa w sprawie zaginionych na przestrzeni dwóch dekad kobiet, przyznawali, że zaginięcie osoby z klasy średniej i zaginięcie prostytutki są traktowane zupełnie inaczej. Ta ostatnia może po prostu przeprowadzić się do innej dzielnicy czy nawet do innego miasta, nikogo o tym nie informując. Przykładów na podobne postępowanie nie trzeba zresztą długo szukać - wiele z kobiet, które wciągnięto na listę potencjalnych ofiar Roberta Picktona, odnalazło się po kilku latach. Były całe i zdrowe. Nawet nie zdawały sobie sprawy, że ktoś ich szukał.

Artykuł pochodzi z kategorii: Ciekawostki

Zobacz również

  • Oceń tekst

    Ocen: 37

Reklama

Wasze komentarze (8)

Dodaj komentarz

Czemu z takimi zwyrodnialcami sie cackaja

~sorkon -

Powinni dodac ,ze te 100mil to z podatkow ludzi takiego tylko zastrzelic szkoda czasu inaszej kasy na taka bestie ja bym go zmielil w maszynie do galezi ale tylko do kolan by poczul cierpienie jakie zadawal innym

Dodaj komentarz