Kitesurfing, windsurfing: sporty wodne, które możesz uprawiać nad Bałtykiem

Bałtyk co roku przyciąga rzesze turystów i sportowców kochających wodne atrakcje. Coraz większą popularnością cieszy się zwłaszcza windsurfing i kitesurfing. – Widać to po liczbie kursantów i po tym, że jest coraz mniej wolnego miejsca do pływania dla siebie – mówi Robert Herrmann, instruktor kitesurfingu ze szkółki „Dream Kite”.

Odpowiedni wiatr to kluczowy warunek, jeśli chcemy sprawdzić się zarówno w kitesurfingu, jak i w windsurfingu. Bez odpowiedniej pogody możemy zapomnieć o dobrej zabawie na wodzie i nauczeniu się czegokolwiek.

Reklama

Oba te sporty różnią się przede wszystkim tym, co w nich napędza do pływania na desce. W przypadku windsurfingu jest to żagiel i przymocowany do niego elastyczny pędnik, trzymany przez surfera.

W przypadku kitesurfingu kluczową rolę odgrywa latawiec, co można wywnioskować już z samej nazwy dyscypliny ("kite" - z ang. "latawiec"). Jest on przyczepiony do deski i wyglądem przypomina spadochron. Sportowiec zakłada specjalną uprząż, dzięki której kontroluje moc latawca. Dyscyplina na morzu prezentuje się niezwykle widowisko, zwłaszcza gdy opanuje się kitesurferowe triki.

Kitesurfing czy windsurfing - co wybrać?

Oba sporty może uprawiać każdy. Szkółki nad Bałtykiem oferują liczne kursy, podczas których instruktorzy dobierają sprzęt odpowiedni do wieku i wagi danej osoby. Jednak by zacząć przygodę z kite- czy windsurfingiem, bezsprzecznie trzeba spełniać jeden warunek - umieć pływać. Podczas nauki często wpada się do wody i bez umiejętności pływania trudno sobie wyobrazić jakiekolwiek postępy.

Który sport jest łatwiejszy? - W kitesurfingu, żeby czerpać z tego przyjemność samemu, bez instruktora, trzeba poćwiczyć około 10-12 godzin. W windsurfingu znacznie więcej, ponieważ zależy to od odpowiednich warunków pogodowych. Może to być 20-30 godzin - przyznaje instruktor Robert Herrmann i dodaje: - Jest także ogromna różnica przy uczeniu się nowych rzeczy. W kitesurfingu często zajmuje to tylko kilka dni. W windsurfingu - rufa w ślizgu, czyli podstawowy zwrot, może zająć nawet trzy sezony.

Kluczowy przy wyborze dyscypliny jest cel, jaki chcemy osiągnąć. Pływanie w tzw. ślizgu (stan, w którym deska płynie znacznie szybciej i styka się z powierzchnią wody tylko w części rufowej, nie jest cała zanurzona) jest dużo prostsze w kitesurfingu. Windsurfing jest bardziej wymagający.

- Najlepiej jest się uczyć w czerwcu i wrześniu, bo nie ma tłoku na wodzie i najczęściej wieje. W maju też można, ale wtedy woda niekoniecznie jest jeszcze ogrzana i bywa czasami naprawdę zimno - argumentuje Herrmann.

W Polsce największe zainteresowanie przypada na lipiec i sierpień, kiedy ludzie udają się na urlopy. Szkółki mają wtedy najwięcej pracy, choć warunki pogodowe do kitesurfingu i windsurfingu wcale nie są wtedy najlepsze.

- Jak nie ma wiatru, można wypływać na deskach SUP, czyli z wiosłem. Są też szkółki, które mają motorówki i ciągną deski na wake’u (płynięcie na desce przy pomocy specjalnej liny - przyp. red.) albo nartach wodnych - mówi Michał Wasążnik, właściciel szkółki "Surfbrothers".

Jeśli ktoś chciałby spróbować swoich sił w windsurfingu lub kitesurfingu, nad Bałtykiem będzie miał w czym wybierać.

- Od Władysławowa aż do Jastarni ciągną się kampingi, a na każdym z nich są dwie-trzy bazy. Tego jest naprawdę sporo - przyznaje Wasążnik.

Początkujący mogą wypożyczyć sprzęt na miejscu, kiedy jednak surfowanie staje się pasją, najlepiej mieć własny. Deskę można przewozić na dachu samochodu, ale część amatorów sportów wodnych nie poleca takiego rozwiązania. Powód? Podczas gorszych warunków atmosferycznych deska może ulec uszkodzeniu, a nawet, jeśli jest nieprawidłowo zamontowana, spaść. Dlatego lepszym rozwiązaniem będzie przewożenie jej wewnątrz samochodu. Takie rozwiązanie umożliwia SUV Peugeot 5008, w którym, po złożeniu siedzeń, zmieści się cały potrzebny na wyprawę sprzęt (całkowita pojemność bagażnika wynosi wtedy 1940 l). Dzięki temu, zamiast martwić się o bezpieczeństwo sprzętu, można cieszyć się komfortową podróżą i planować kolejne sportowe atrakcje.

Z nauką nad Bałtykiem wiąże się tylko jeden problem: pogoda. Jeśli wybierzemy się tam w okresie wakacyjnym i nie trafimy na odpowiednie warunki, trudno będzie nam opanować te dyscypliny.

- Za granicą jest łatwiej, bo tam codziennie wieje i można codziennie trenować. W Polsce jeden dzień zawieje, czegoś się nauczymy, ale jak chcemy to potrenować, to czasami np. tydzień czekamy na wiatr i zapominamy, jak to było - przyznaje Michał Hermann ze szkółki "Dream Kite".

Bez wątpienia warto jednak spróbować, a o tym, że sporty te potrafią wciągać, najlepiej świadczy fakt, że nad Bałtyk przyciągają coraz więcej chętnych do nauki.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje